Pielgrzymka – coś dla Zbyszka Ściubaka.

Po pierwsze dziękuję za książki z dedykacją. Jak zabrałem się czytania, to pierwsze co przykuło moją uwagę to brak właśnie zdjęć – dlatego też „wpadałem” na prawicę by zobaczyć kolejne trzy zdjęcia z opisem. Przy kilkusetnym (dniu) zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie jak pewien mój znajomy, który wyszedł z domu mówiąc żonie, że idzie po papierosy i wylądował w USA o czym żona nie wiedziała. Starałem się znaleźć w Pana książce odpowiedź na moje pytanie: dlaczego? Co było przyczyną takiego zrywu i czy cel został osiągnięty.

Zaznaczam przy tym, że moje pielgrzymki były w bardzo młodym wieku – jedna do Kalwarii Zebrzydowskiej, a druga do Częstochowy. Pamiętam, że byłem bardzo zmęczony, ale w Kalwarii „łykałem” informacje o tym jak to Pan pojechał do ziemi świętej i postanowił po powrocie zbudować stacje krzyża. Postanowiłem sobie wtedy, że ja też pojadę i zobaczę jeszcze więcej, ale nie będę nic budował na zboczu góry, żeby się nie ślizgać w błocie po deszczu. W Częstochowie zaś pamiętam jak z mamą zostaliśmy posadzeni przy małym stoliczku na korytarzu i podano nam ciepły posiłek. Do dzisiaj pamiętam smak tego sosu. Od tego zresztą czasu lubię bardziej sos od mięsa, choć na taki sos jeszcze nie trafiłem.

W naszej religii (rzymsko-katolickiej) wymagana jest doroczna spowiedź wielkanocna. Ja osobiście w większości jadę przed Bożym Ciałem do Polski, gdzie o spowiedź nie jest trudno, a pokuta jest symboliczna i całą sprawę można załatwić za jednym pobytem w kościele.

Toteż gdy współpracownica w temacie opowiadała jak to w Mielcu był sobie przygłuchy ksiądz, który cieszył się dużą popularnością u spowiadających nie mogłem nie zwrócić uwagi… W jednym dniu do konfesjonału gdzie urzędował ów staruszek podchodzi spowiadający i zaczyna się spowiadać: „pss, brr, br” i jeszcze jakieś inne odgłosy. Nagle z konfesjonału słychać pukanie i głos: „ten głuchy jest dzisiaj po drugiej stronie”. Skomentowałem coś w rodzaju że szkoda że takiego nie ma teraz, bo pewnie bym się wybrał. Na to Renia, że w naszym stanie Wisconsin, w miejscowości Lyons jest ksiądz katolicki, staruszek, który ma dyspensę od papieża i on spowiada wszystkich na raz. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem, więc tylko się upewniłem, że jest zgodne z naszą wiarą. Jak mnie poinformowano to coś nazywa się „spowiedzią powszechną”. Zabrałem więc swoją ślubną i pojechaliśmy na spowiedź – prawie jak na pielgrzymkę.

Pierwsze wrażenie to brak miejsca do zaparkowania. Nie dlatego że nie było parkingu – był, ale wszystkie miejsca zajęte, wszystkie ulice w pobliżu wyparkowane. Udało nam się zaparkować kilka ulic dalej i na piechotkę do kościoła. Po wejściu okazało się, że kościół jest wypełniony po brzegi. Zauważyłem Renię z mężem i przepchaliśmy się w ich stronę. Ksiądz już siedział i po chwili rozpoczął od historii spowiedzi i wytłumaczył na czym ma polegać ta spowiedź. Zasadniczo omówił 7 grzechów głównych i w jaki sposób można grzeszyć. Było to trochę dziwne, bo zamiast sobie przypominać czym to jeszcze mogłem popaść w niełaski, to nic sobie nie musiałem przypominać, a tylko „dopasowywać” swoje wyczyny do wywodów o grzechach. W sumie było chyba bardziej efektywne niż „wyklepanie” formułki. Zauważyłem, że wszyscy oddychają bardzo cicho, aby nie zwracać na siebie uwagi, by przypadkiem sąsiad nie wpadł na pomysł, że wzdechnięciem przypadkowo żeśmy się „ujawnili” z grzechem. Spowiedź trwała długo, przerywana modlitwami. Na końcu znów ksiądz zaczął mówić spokojnym, ale doniosłym głosem, że Chrystus przebaczył swoim oprawcom, oraz że to on tutaj jest następcą Chrystusa i jego reprezentuje. Jakiemuś dziecku wypadł smoczek – cały kościół wypełnił odgłos stukającego smoczka o podłogę – taka była cisza. Ksiądz kontynuował niewzruszony: ja wam w Jego imieniu przebaczam. Za pokutę zaś każdy z was podejdzie przed ołtarz, położy rękę na świętą księgę i przysięgnie, że nie będzie więcej grzeszył.

Na wycofanie było już za późno i nie było wyboru, mimo iż puściłem małżonkę przodem. Wraz z resztą poszedłem przed ołtarz i przysięgałem.

Ludzie rozchodzili się w milczeniu. Po twarzach było widać, że dla każdego było to przeżycie. Wracając do domu samochodem rozmowa też się nie kleiła. Minęło kilka lat a ja dalej odprawiam pokutę i jeszcze wcale nie skończyłem. Znów przyjadę do Polski, pójdę do kościoła i zacznę od: „ostatni raz do spowiedzi byłem rok temu, pokutę zadaną odmówiłem” …. Odmówiłem, ale nie odprawiłem, bo uważam, że przysięga mnie nadal obowiązuje.

I tu mam pytanie Panie Zbyszku: czy osiągnął Pan cel? Czy to był cel jaki zamierzał Pan osiągnąć? I nie chodzi mi o dotarcie do celu, bo wiem nawet z książki że Pan dotarł. Dobrze że Pan pyta, dobrze że szuka – szkoda tylko że jest nieszczęśliwy (skoro religijny) – mam też nadzieję że odróżnia Pan religię od wiary, gdyż jedno i drugie czasami ma niewiele ze sobą wspólnego.

oto A. Stypuła A. Stypuła

Mini Przedsiębiorca - aspirujący emeryt. Mieszka w USA.
www.stypula.us www.stypula.net

na ile punktów oceniasz?: 

Twoja ocena: brak
3.666665
Ogólna ocena: 3.7 (głosów: 3)

Tematy: 

Dyskusja

oto Natalia Julia Nowak

Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.

Ale byłam na młodzieżowym kongresie misyjnym w Radomiu (dawno, dawno temu!). Pamiętam uroczysty przemarsz ulicami miasta... Moja starachowicka grupa reprezentowała Oceanię, dlatego wszyscy musieliśmy być ubrani na niebiesko. Była uroczysta Msza Święta w okolicach Kościoła Garnizonowego, niesienie darów (ja byłam przebrana za Chinkę i niosłam spodeczek z płatkami róż), pamiątkowe obrazki od biskupa, całowanie relikwii jakiejś świętej (chyba Teresy z Lisieux), a potem koncerty zespołów muzyki estradowej (kongijskiej grupy Ricky Lion & Bongo Bongo oraz polskiej Viola & New Day). Kurde, jednak rzymski katolicyzm to świetna rozrywka. ;-)

oto A. Stypuła

Droga Pani,

gdyby mnie przebierano w strój Marsjanina, czy czegoś innego, to też bym chyba został ateistą. Swoją drogą trzeba ostrzec żeby nie przebierano w Chinki, bo może to zostawić trwałe i nieodwracalne zmiany. Żarty żartami – co Pani opisuje to raczej „happening”.

Dla mnie pielgrzymka, to coś czego nie muszę robić, coś co robię w jakimś celu i coś, co po zrobieniu daje mi satysfakcję z tego co zrobiłem. Jutro np. jadę na pielgrzymkę do Polski. Będę odwiedzał groby rodzinne nad którymi powspominam tych co odeszli, na innych którzy odeszli zanim się urodziłem zapalę znicz na znak że jeszcze pamiętam. Dla mnie pielgrzymką było przy okazji pobytu w Wiedniu dostanie się na wzgórze Kahlenbergu z zamiarem pomodlenia się na klęczniku na którym modlił się jeszcze Karol Wojtyła jadąc do Rzymu (co mi się udało).

Jedno mogę zapewnić – bez względu na wiarę, czy nie-wiarę, Pani też będzie pielgrzymować w przyszłości.

oto Zbyszek S

Panie Andrzeju

Serdecznie dziękuję za list (publiczny).

Są pewne sprawy, które nijak do poziomu publicznego nie dotrą, choć to zależy od osobowości i spotkałem ludzi, u których takie stopniowania nie było. Chyba wychodziło im to na zdrowie, sam nie wiem.

Opisana przez Pana "pielgrzymka" jest bardzo ciekawa. Jako zdarzenie, jako przeżycie, jako doświadczenie. Ja odbieram tę historię w taki oto sposób, że pozornie powierzchowna praktyka, bo spowiedź powszechna jakby jest mniej dotykająca człowieka, potrafi znacznie bardziej na człowieka oddziałać, i prawdę mówiąc, nie do końca wiadomo, co na temat jej efektów można powiedzieć, poza tym, że to do ludzi dociera.

Ja myślę, że religijność postrzegamy jako coś, co powstało wskutek spotkania objawienia. Czyli najpierw objawienie, potem religijność. Tymczasem jest chyba inaczej. Najpierw są ludzie z ich zwyczajami, postawami, potrzebami. Potem się to spotyka z jakąś treścią duchową i powstaje pewien "mixt", mieszanka, która z jednej strony jest dostosowana do ludzi, do których ma docierać, z drugiej zachowuje jakieś elementy pierwotnego przekazu.

Czy religia to to samo, co wiara? Mi się wydaje, że nie. Powiem więcej, mam wrażenie, że pełna zapału i uczestnictwa religijność może być drogą do piekła, do miejsca, które jest dokładną odwrotnością tego, co jest istotą chrześcijaństwa. Ale to może pogląd zbyt rewolucyjny. Lepsze są uładzone "twierdzenia", za które zostaniemy poklepani po plecach.

Czy ja osiągnąłem cel? Cóż mam Panu powiedzieć, poza może trywialnym i tak, i nie? O wiele więcej wiem, inne jest moje podejście do kwestii religijnych. Ale jeśli Pan pyta o to, czy znalazłem coś, czy osiągnąłem coś, co teraz MAM i mogę jakoś się tym cieszyć, z tego korzystać, wiedzieć, że owo coś posiadam, to odpowiedzieć brzmi nie. Nie mam.

Myślę, że pewnie to może jest taki błąd. Myślenie, że gdzieś kiedyś, w przyszłości albo w przeszłości, może być coś, co jak będzie nasze to będzie jakieś nasze spełnienie. Wie Pan, od tej pory, będziemy szczęśliwi i w ogóle... taki kamień filozoficzny.

Mi się wydaje, że tak nie jest. Że tak naprawdę, cel i podróż czyli pielgrzymka, wydarza się w tej właśnie sekundzie, w której czyta Pan ten tekst. I w innej sekundzie, gdy będzie Pan patrzył przez okno i zastanawiał się, ja nie wiem nad czym, ale ludzie zazwyczaj się nad czymś zastanawiają. Chodzi mi o to, że TO nie jest gdzieś i kiedyś, tylko jest ZAWSZE TERAZ.

To "TERAZ" to właśnie moment i miejsce gdzie realizują się nasze najszczytniejsze bitwy, najpoważniejsze wyzwania, choćbyśmy myśleli, że to absurd, bo przecież wchodzimy do sklepu albo robimy porządki w domu, albo zasypiamy. To w końcu nie znaczące momenty - tak sobie myślimy. Nie. Tak nie jest. Każdy moment naszego życia jest najbardziej znaczący, w każdym z tych momentów możemy upaść pod krzyżem, który przychodzi nam dźwigać, możemy wznieść się ponad falę, która nam grozi pogrążeniem, możemy wszystko.

Ta szara, doraźna, powtarzająca się, nic nie znacząca pozornie rzeczywistość każdego dnia, jest wg. mnie naszym przeznaczeniem, naszym polem bitwy, jest sądem i rozstrzygnięciem jednocześnie. To jest jak ten jeden, zwykły krok, który dane mi było zrobić na mojej drodze do Santiago.

Więc nie wielkie dzieła, nie przełomowe dokonania, ale w pojedyczych, zwykłych chwilach przegląda się wielkość naszego życia i całość naszego przeznaczenia.

Czy pielgrzymka uczyniła mnie szcześliwszym? Nie wiem. Chyba nie. Spotkałem się z innymi ludźmi niż ci, wśród których żyłem całe życie. I było to spotkanie przykre, bo doświadczyłem czym naprawdę są relacje w moim własnym kraju i społeczeństwie. Niestety, nie wygląda to dobrze. Może sam mam trochę pecha i gdybym wymienił ciąg zdarzeń i doświadczeń z rąk "bliźnich" to wyszedł by z tego jakiś ponury bardzo film.

Ostatecznie rzecz biorąc, idąc pytałem o to, na czym polega życie, o co w nim chodzi, co jest jego treścią. Zamiast słownych odpowiedzi dających się wyrazić w zdaniach języka, doświadczyłem i może jakoś nauczyłem się, nieco innej religijności. Może świadomości śmierci. Tego, że wszystko się skończy, że w końcu zostanę odarty ze wszystkiego. Co wtedy? Nie wiem. Zawierzam siebie, Jemu. To cała moja nadzieja. Mówię Mu po ludzki czasem, jak jest. Bo czasem nie ma do kogo pyska otworzyć, a człowiek obrywa na odlew od bliźnich, często wysoce religijnych. Chcę po prostu, żeby wtedy mnie przyjął. Żebym mógł być taki, jak On już zechce, zaś tu, jest pył drogi, wysiłek, zmęczenie i czasem, trzeba się cieszyć gdy się zdarzą, chwile radości.

Ta droga jest często "pod prąd", na przekór wszystkim tym, którzy zrobią wszystko by nam udowodnić, że racja jest po ich stronie sposobu życia. Nasz wielki poeta pisał

- oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

I... już nas nie będzie. Tymczasem jesteśmy. I nie dlatego, że chcemy i spełnia się nasz zamiar, tylko z zupełnie innego powodu. I skoro jesteśmy, to możemy coś zrobić. I każda emocja wyrażona w stosunku do drugiego, każdy gest zapisuje się na tkaninie życia, która przesuwa się przez czas.

Te ślady nigdy nie przepadną i nie znikną. Naszym przeznaczeniem jest myślę walka. W tej walce - godność. A gdy to możliwe, to radość, z ludzi, z dobrych chwil, z pięknych widoków, które dane mi było oglądać. Ale najważniejsze chyba to nasze obrócenie się do "poza". Owo "poza", jak uczy Jezus jest osobowe i nas chce. Nie bardzo w to, bywa, wierzymy, wziąwszy pod uwagę naszą sytuację czy okoliczności życiowe. Ale właśnie wtedy mamy wybór, zaprzeć się i postawić na Niego, czy przyjąć do wiadomości, to, co mają nam do powiedzenia nasi "kibice".

oto Marek Bekier

Cieszę się, że Panowie

Cieszę się, że Panowie upublicznili swoją rozmowę na prawica.net i dziękuję za to. Postronny czytelnik zapewne skorzysta, głównie duchowo.
Spróbuję coś dopowiedzieć. Myślę, że spektakularne nawrócenia są medialne i o nich się mówi i pisze. Pielgrzymka jest drogą więc jest trochę jak całe życie. Oczekiwanie by w jej trakcie nastąpił jakiś punkt zwrotny jest chyba nieuzasadnione choć może się coś takiego zdarzyć. Być może zbyt małą uwagę zwracamy na bohaterów drugiego planu w Biblii. Przyszedł mi do głowy brat syna marnotrawnego. Wiódł przyzwoite życie u boku swojego dobrego ojca. Zbuntował się gdy ojciec wybaczył marnotrawnemu bratu a nawet wyprawił ucztę z okazji powrotu. Ojciec nie potępił syna za bunt tylko mu wytłumaczył jaką wartością jest nawrócenie. Nic więcej o bracie syna marnotrawnego z Biblii się nie dowiadujemy. A ja wierzę, że bracia synów marnotrawnych też mają swoje miejsce u Ojca (użycie wielkiej litery "O" tylko tutaj jest nieprzypadkowe).

oto A. Stypuła

Panie Marku,

Nasza pielgrzymka - czy jak kto woli życie składa się z dużych upadków i małych wzlotów. Te wzloty są tak małe, że czasami ich prawie nie widać i trzeba czasu, by je zauważyć, gdy z dużych upadków robią się małe potknięcia. Niektórzy w ogóle nie widzą tych wzlotów – poznać ich można prosto: cały czas narzekają, na wszystko – wszystko jest źle i wszyscy są źli. Nigdy im nie będzie dobrze i jak już nie mają na kogo zwalać winę to i tak zwalają.

My wszyscy jesteśmy tymi drugoplanowymi bohaterami, tymi którzy starają się robić dobrze, żyć w zgodzie z własnym sumieniem i z własnymi zasadami moralnymi. Przykre jest że w dzisiejszych czasach z rządu robi się religię, a z kościoła politykę choć w przypadku kościoła, ten politykę uprawiał od początku. Mam nadzieję że wysłuchał Pan wywodów dr. Jana Przybył, które Zbyszek wstawił kilka dni temu.

Na dodatek muszę Pana zmartwić – wszyscy jesteśmy też synami marnotrawnymi, gdyż mogliśmy zrobić więcej niż zrobiliśmy… Ale też do życia trzeba podchodzić praktycznie, co najlepiej odzwierciedla powiedzenie mojego zaprzyjaźnionego górala: „lepiej być opierniczonym niż orobionym” (te dwa słowa na „o” zmieniłem na mniej „sprośne” (choć ich w słowniku też nie ma)

oto Zbyszek S

@Marek Bekier

Fajny komentarz. Ja bym powiedział, że bywamy i jednym i drugim "synem". Życie "faluje", nie stoi w miejscu. Jeśli ktoś przeżył epifanię, to nie ma gwarancji, że za dzień albo tydzień nie stanie się synem marnotrawnym albo jego doświadczeniem nie stanie się zwykła przyziemność. I odwrotnie, błędem jest zakładać, że z nasza sytuacja, jeśli brak w niej czegoś niezwykłego i pozytywnego, będzie trwała i nie spotka nas jakieś dojmujące radosne i przemieniające przeżycie.

Życie to droga, ciągłe zakręty, podejścia i zejścia. Życie to nie stan, jaki można osiągnąć, dzięki wiedzy czy takiemu lub innemu doświadczeniu. Życie to stałe staranie, baczenie na "żółte strzałki", podnoszenie się z upadków, wychodzenie na wysokie góry, skąd widok, że ach i potem schodzenie w dół.

Na tej drodze spotykamy ludzi. I to właśnie jest chrześcijaństwo i człowieczeństwo w moim rozumieniu - to, co tym ludziom robimy, to, czym dla nich jesteśmy. Reszta to komentarze, czasem w dodatku mylące.

oto adbod

Wiara jest sprawą osobistą, o światopoglądzie można dyskutować

Podsuwam takie pojęcia do zgłębienia, jak: samoświadomość, światopogląd, projekcja życia, lokacja w społeczeństwie, aksjomatyka oraz rozważenia ( prawie że dokonania rachunku sumienia) mojego BYĆ w kwestiach mieszczących się w znaczeniach tych pojęć. Żeby tego dokonać nie wystarczy pielgrzymowanie, czy dumanie wsparte tekstami "objawionymi"lub wiara w psychokinetykę czy opiekę bożą, trzeba jeszcze posiąść wiedzę, którą daje fizyka, rozumiana szeroko jako nauka i - filozofia ze swoją logiczną konstrukcją metafizyki.
A tak - to mamy bajdurzenie.

oto A. Stypuła

Z reguły

nie dyskutuję z anonimami, gdyż w większości piszą je mole internetowe. Nie ma Pan zielonego pojęcia w co ja wierzę i to co Pan czyta nie dotyczy wiary. Pogrubione przez Pana słowa mają znaczenie, tylko jak widać nie dla Pana. Jak Pan się podpisze to chętnie Panu odpowiem. Z poważaniem.

oto Zbyszek S

Panie Andrzeju

Pozwolę sobie na jeszcze jedną odpowiedź/komentarz, bo pytanie jakby ciekawe i dość fundamentalne. To poopowiadajmy jeszcze trochę.

Ta odpowiedź sprowadza się do nawiązania do mojego, a może większości ludzi też, przekonania, że "Powinno być fajnie". To znaczy, że jeśli nasze przeżywanie życia, nasz zbiór odczuć, emocji, doświadczeń jest jakoś pozytywny, to wtedy jest tak, jak powinno być. I odwrotnie, gdy nie mamy pewności siebie, wiedzy jak właściwie jest, gdy naszym udziałem staje się gorycz i niepokój, jakieś fundamentalne poczucie klęski, to jest tak, jak nie powinno być.

To przekonanie odnosi się silnie również do sfery wiary i religii. Stąd pytanie: "Czy już MAM?. Czy od TEJ pory już mogę być spokojny?". Czy - mówiąc językiem religijnym - znalazłem na zawsze i trwale "boży pokój", relację z Bogiem?

Ja myślę, że TO się - w zasadzie stale (ale czasem w długich ciągach czasowych) - znajduje i traci na przemian. I jest to sytuacja WŁAŚCIWA. Więc właściwe jest nieposiadanie relacji z Bogiem, nie odczuwanie w żaden sposób tej relacji. Właściwy jest niepokój i poczucie zamętu, porażki lub osamotnienia. Braku wiedzy. To jest ok.

Tyle, że my chcemy trwałości przeżywanego stanu, więc jeśli doświadczamy tego opisanego wyżej stanu negatywnego, to mamy tendencję do przyjmowania negatywnej interpretacji CAŁEJ rzeczywistości i postrzegania naszego CAŁEGO bytowania w tych w ujemnych barwach. - Taka jest prawda. Właśnie tak jest - mówimy sobie.

Dla mnie wskazówką jest doświadczenie Pana Jezusa. Jego doświadczenie, bo On był człowiekiem (oprócz tego, że był Bogiem). I cóż takiego powiedział?
- Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił.

Popularnie, przerażającego wymiaru męki Pana Jezusa upatruje się w bólu, jaki przeżywał i w umieraniu. A jednak, gdyby przyszło cierpieć i umierać w stałym kontakcie z Kochającą, Wszechmocną Rzeczywistością, to właściwie nie tak strasznie. Tymczasem Pan Jezus, ja to tak odbieram, utracił kontakt z Bogiem. Został SAM.

Możemy tu "polecieć" z księżowskimi zapewnieniami, że przecież Bóg cały czas był przy nim, że to nieprawda, że został zupełnie sam, że tak nigdy nie jest.

Otóż, dla człowieka jedyną prawdziwą i realną rzeczywistością jest jego własne doświadczenie. Przy tym pozostając, Pan Jezus został SAM. Doświadczył samotności, w tym najbardziej przejmującym i przygniatającym wymiarze. I cóż takiego zrobił w tej chwili, co zrobił, nie mając tego, co było podstawą jego całego życia, czyli nie czując i nie posiadając żadnego kontaktu/relacji z Bogiem?

Otóż, nadal się do Niego zwracał. I to już jest cała odpowiedź. Egzaminowani będziemy nie z tego, czyśmy "posiadali" owo Coś, czego szukamy, potrzebujemy i bywa, znajdujemy. Dorastamy, gdy POMIMO braku tego Czegoś, pomimo klęski, pomimo utraty, nadal ROBIMY KROK w jego kierunku.

Więc to nie STAN, naszego przeżywania, emocji, życia, jest istotny, tylko DROGA, którą tworzymy, stawiając nasze kolejne w czasie kroki. To poprzez stawianie tych kroków w wybranym kierunku i poprzez zwracanie się do "Niemożliwego", do "Nieodczuwanego", do "Niewidzianego" czynimy Cel realnością, naprawdę do niego zmierzamy. Literalnie tworzymy nową rzeczywistość.

I wtedy zdarzają się nam "nawrócenia", "olśnienia" i "cuda" (może nawet bez cudzysłowu) - kolacje z przyjaciółmi i winem, spotkania bliskiego stopnia z dobrem, a nawet z miłością. Zdarzają się nam zachody słońca nad oceanem, który nie ma końca, za którego granicą tylko przestrzeń i można by tak polecieć... w nieskończoność.

A potem znów burze i zamęt, i nawet utrata. Ale pielgrzym wie dwie rzeczy. Nie liczy się "jak jest". Nie liczy się tak bardzo, jaka pogoda i bieżące odczucia. Liczy się, że czasem w szkwale i zamęcie, czasem w ciszy i słońcu, robi się następny krok. Następny krok ku szczęściu. Stąd jesteśmy pielgrzymami, którzy za chwilę się zbudzą i ruszą dalej, a nie bankierami, posiadającymi w ogromnym i bogatym sejfie skarb, którym się cieszą.

oto A. Stypuła

Panie Zbyszku,

przepraszam za opóźnienie, ale jestem już w Polsce i jest to intensywny pobyt.

Szczęście jako takie jest dla nas nieosiągalne. Jest złudą gdy nam się wydaje że jesteśmy już szczęśliwi. Moment i wszystko bierze w łeb, świat przewraca się do góry nogami. I co gorzej nie mamy na to żadnego wpływu. To zaś że wydaje nam się że jest fajnie, to tylko nasze odczucie.

Co ciekawym, że robiąc krok „do tyłu”, robimy go do przodu z czego sobie wcale nie zdajemy sprawy. Wielu ludzi, którzy np. wierzyli w Boga po jakimś czasie dochodzą do wniosku że Boga nie ma i stają się „niewierzący” po to tylko żeby w trakcie swej pielgrzymki (życia) być jeszcze bliżej Niego – coś prawie jak rodzaj syna marnotrawnego.

Według mnie ludzie ślepo w coś wierzący nie wierzą wcale – oczywiście spróbuj im to powiedzieć.

oto Krzysztof M

Szczęście jako takie jest dla

Szczęście jako takie jest dla nas nieosiągalne. Jest złudą gdy nam się wydaje że jesteśmy już szczęśliwi.

A tam! Właśnie wymieniłem dwa okna w mieszkaniu... Wie pan, jaki jestem szczęśliwy? :-)

oto chłop jag

– mam też nadzieję że

– mam też nadzieję że odróżnia Pan religię od wiary, gdyż jedno i drugie czasami ma niewiele ze sobą wspólnego.

Otóż to - tołażysze.
Wniosek?
Problem jest poważny - ponieważ Szatan poprzez swoich pupili - wykorzystuje niegdysiejszy pobyt Jezusa Chrystusa na Ziemi - do swoich niecnych celów - tołażysze - i należy o tym pamiętać przez cały czas.

oto A. Stypuła

Zasadniczo nie polemizuję z anonimami,

Chcę natomiast zwrócić uwagę nie tobie ale niektórym czytającym, którzy nie kojarzą.

Dla mnie używanie słowa tołażysze jest uwłaczające mimo iż zdaję sobie sprawę z jego podtekstu w jakim go używasz, ale przynajmniej przy moich wpisach się powstrzymaj, albo nic nie wpisuj.

Po drugie nie bardzo rozumiem dlaczego wpisałeś się na służbę szatana. Proszę czytających o zapoznanie się z tezą „okna overtona”. W taki sposób lewacy forsują swoje idee i w taki sam sposób działa szatan.

W USA na FOX emitują serial „Lucyfer” – pokazanie szatana jako właściwie „dobrej” postaci, wzbudzającej nawet sympatię. Dokładnie tak samo jak u chłopa-jag.

Pupil szatana tu, pupil szatana tam, wszyscy niby jesteśmy pupilami szatana. To nie jest prawdą. Chcesz zobaczyć pupila szatana – popatrz w lustro. Tylko nie patrz za długo.

oto Krzysztof M

Pupil szatana tu, pupil

Pupil szatana tu, pupil szatana tam, wszyscy niby jesteśmy pupilami szatana.

Z wpisów autora wcale to nie wynika.

Twój komentarz?

Filtered HTML

  • Allowed HTML tags: <a> <em> <i> <strong> <b> <cite> <blockquote> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <center> <h1> <h2> <h3> <h4> <h9> <img> <font> <hr> <span> <bgcolor> <del> <iframe> <span>
  • Youtube and Vimeo video links are automatically converted into embedded videos.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and e-mail addresses turn into links automatically.