Euro, czyli woda z mózgu

Polski złoty jest jednym z elementów naszej narodowej tożsamości, daje poczucie przynależności i jest elementem budowy wspólnoty. Dlatego ewentualne wejście Polski do strefy euro powinno być poprzedzone ogólnopolskim referendum.
W okresie PRL-u, w ramach integracji RWPG, rozważana była koncepcja jednolitej strefy walutowej, która jednak, z powodu niestabilnej i niezrównoważonej gospodarki, nie doszła do skutku.
Niemniej jednak istniała wspólna waluta. Był nią rubel transferowy, służący do rozliczeń międzynarodowych. Z pewnością Polacy, pamiętni historii, na propozycję wprowadzenia rubla jako środka płatniczego, odpowiedzieliby kategorycznym sprzeciwem.
Czy podobnie będzie z przystąpieniem Polski do strefy euro? Korzyści z tego powodu, jak zapewniają ekonomiści, wcale nie muszą wystąpić.
W dzisiejszym wydaniu Rzeczpospolitej, główny ekonomista, Ryszard Petru, w artykule „Jak najszybciej do euro”, wylicza zalety tej operacji. Będzie ona korzystna dla gospodarki i wszystkich tych, którzy narzekają na mocną złotówkę. Nie jest też ważne, że Polska jest krajem biedniejszym (niższe PKB na 1 mieszkańca), ważna jest zbieżność koniunktury gospodarki europejskiej z polską. Nie udowadnia jednak, na czym ta zbieżność, o ile w ogóle istnieje, polega. Na kolejny dowód za euro podaje fakt, a właściwie subiektywną opinię, że biedne kraje, po przyjęciu euro, nie zahamowały swego rozwoju, co nie jest dla nas żadną motywacją i pocieszeniem. Wszak miało chodzić o rozwój. W dalszej części autor pisze, że zamknięcie kosztów wymiany walut i zwiększenie własnej marży będzie plusem w rozwoju przedsiębiorstw, a także zlikwiduje barierę niechęci inwestowania obcych kapitałów w polski rynek.
Postaram się odnieść do tez Ryszarda Petru, udowadniając, że argumentacja ta, choć łatwo wpadająca w ucho, jest jedynie reklamowym chwytem.
Sprawa pierwsza, to warunki konwergencji nominalnej, która Polska musi spełnić: niska inflacja, niski deficyt budżetowy, niskie zadłużenie sektora publicznego i niskie długoterminowe stopy procentowe, co autor lekceważy. Istnieje jeszcze problem konwergencji realnej, bowiem polska gospodarka, pod względem wydajności, poziomu produkcji, a także technologii i innowacyjności, jest daleko w tyle za gospodarką państw Starej Unii, różną ma także strukturę. Ekonomista pomijając te warunki, powołuje się jedynie na zbieżność koniunktury, co jest oczywista nieprawdą, lub przynajmniej sporym naciągnięciem.
Jednakowe instrumenty polityki pieniężnej i jednakowy pozom stopy procentowej dla krajów o różnej możliwości i aktywności gospodarczej, mogą być dla nich szkodliwe. Dla wspomnianych wyżej argumentów, również NAFTA, stowarzyszenie czysto handlowe, nie zamierza korzystać ze wspólnej waluty. Również Włosi rozważają wyjście ze strefy euro, ponieważ nie widzą żadnych nadzwyczajnych efektów w rozwoju gospodarczym i wpływu unijnej waluty na kreację handlu. I choć ów „cud gospodarczy”, który miało sprawić euro, był nagłaśniany przed samym wejściem, ekonomista R.Petru nie odważył się o tym wspomnieć, podkreślając jedynie brak oznak zahamowania. Natomiast w krajach, które nie należą do strefy euro, w Danii i Szwecji, konkurencyjność gospodarki i jej tempo wzrostu, przewyższa Francję i Niemcy.
Nieprawdą jest również fakt, że po wprowadzeniu euro nastąpi wzrost inwestycji zagranicznych i ściągnięcie obcego kapitału. W żadnym stopniu nie jest to zależne od waluty, ale od wielu innych czynników, że wymienię tylko politykę fiskalną czy koszty siły roboczej.
Podsumowując więc należy stwierdzić, że wspólna waluta nie jest remedium na wyrównanie różnic gospodarczych, które wymagają różnych instrumentów oraz reakcji państwa w sytuacjach ewentualnych załamań.
Dlatego decyzja rządu Tuska o jak najszybszym wejściu do strefy euro jest zabiegiem czysto politycznym, a skala „urobienia” społeczeństwa, jak widać po artykule R.Petru, jest ogromna.

Wprowadzenie euro

to całkowite pozbycie się przez Polskę prawa do emisji pieniądza. Czyli utrata resztek suwerenności monetarnej, resztek zysku emisyjnego i konieczność płacenia odsetek zagranicznym ośrodkom bankierskim za możliwość używania pieniądza, za możliwość swobodnego handlu i wymiany owoców pracy. Popadanie w coraz większe, niewolnicze zadłużenie.

To jest: Marek_B

€ to dalszy stopień

€ to dalszy stopień wtajemniczenia w prawidła socjalistycznej ekonomii europejskiej. Pozbywając się suwerenności monetarnej Polska straci znaczną część swoich przewag w stosunku do rozwiniętych państw zachodnich. Zadziała "europejski" egalitaryzm - tj. zasada "równania w dół". A walutę trzeba będzie i tak wymieniać, bo zostają jeszcze przecież $ CHF i Ł.

Pewien Japończyk, niejaki Akio Morita proponował swego czasu by wprowadzić stałe, ogólnoświatowe urzedowe parytety wymiany walut, bo jego firma "nie radzi sobie z przewidywaniem przyszłości". Co wybudują fabryę to już kurs inny i nie ma zysków... Czemu służą tego typu pomysły? Wielkim korporacjom i spekulantom walutowym, którzy z tego żyją. Reszta traci.

To jest: MagdaF.

Dokładnie, Panie Marku,

czy więc nic nie możemy zrobić?

To jest: Marek_B

Jedyna nadzieja w

Jedyna nadzieja w przypadkowości. A nóż widelec im się nie uda. Nie udało się w WB i Danii, to może też i w Polsce. Bo co do "debat" itp. nie mam złudzeń - wszelkie głosy rozsądku zagłusza w Polsce dość sprawna machina propagandowa.

To jest: MagdaF.

Jak im się nie uda?

Nie przegłosują w sejmie?
Gdybyśmy tylko czekali na przypadek, bylibyśmy dziś 17 republiką.
Trzeba zbierać podpisy pod referendum.

To jest: Marek_B

Trzeba... trzeba Ale nikt

Trzeba... trzeba

Ale nikt się jakoś do tego nie pali.

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.