Kroplófka (II)

Z nieba lał się żar, flagi zwisały smętnie, co oznaczało, że najmniejszy powiew nie złagodzi upału, dyrektor biegał jak kot z pęcherzem, sprawdzając co chwila czy krawaty są należycie zawiązane, a Jacka Kudełkę trafiał szlag i cholera brała też. Lepił się oto pod pachami i na plecach, czoło miał mokre, a do tego Majchrzakowa, ta wredna, głupia, ruda baba dostarczyła, jak się okazało, wystawione wcześniej zwolnienie lekarskie i teraz on musiał użerać się z jej klasą! Dwa razy już sprawdził obecność i ciągle brakowało czterech osób. Niby nie jego, kłopot, ale kto wie?

- Nie wiecie, co z tymi czterema?

Sam uznał to pytanie za czysto retoryczne. Zadał je z nudów i rozdrażnienia, ale dzieci, okazało się, miały sporo do powiedzenia o bliźnich.

- Kwiatkowska złapała grypę!

- Zawsze łapie grype, prosze pana!

- Bo jej wujek jest lekarzem!

- A drugi jest w Ameryce!

- A Wilczuk też nigdy nie przychodzi, chociaż nie choruje!

- Oni są dziwni, ci Wilczuki!

- Te Wilczuki!

- Ci Wilczukowie! Prawda, proszę pana?

Zniecierpliwiony, Jacek otarł pot z czoła.

- Nieważne... - mruknął - ... ja jestem od historii...

Nadciągnął dyrektor.

- I jak, Kudełko? Doszli? - zapytał nerwowo.

- Nie doszli, dyrektorze! - warknął niemal Jacek.

Dyrektor zacisnął zęby i wzniósł oczy ku niebu.

- Smarkacze! Tylko brakuje kogoś z kuratorium! Ale nic! Po pochodzie... - zniżył głos - ... wpiszecie wszystkim obecności.

- Ale ja już...

- Poprawicie! Na spóźnienia przerobicie! Sami wiecie przecież... No tak, nie mieliście wychowawstwa... Przyda się wam doświadczenie, kiedy dostaniecie klasę! Jak znalazł będzie!

- A co się stało pani Majchrzak? - spytał, na ile potrafił słodziutko, Jacek, nie parząc na dyrektora - Czy bardzo chora?

- Lekarz pogotowia twierdzi, że bardzo - drewnianym głosem odpowiedział dyrektor.

- Parę razy widziałem, że spod szkoły zabierała ją karetka...

- No, chorowita kobiecina jest! - przyznał dyrektor i odszedł.

Jacek zamyślił się. Chora? Chorowita? Tak jak ta Kwiatkowska! Na wujka lekarza! Jak to możliwe, żeby w socjalistycznym kraju, w dwudziestym pierwszym wieku, możliwa była gra w ciuciubabkę z Partią i z państwem? I to uprawiana przez, było nie było, pedagoga! Osobę, w której rękach spoczywa wychowanie i kształtowanie postaw młodego pokolenia! Proszę, i już skutki: czworo naśladowców! No, ich rodzice z pewnością też nie są bez winy! Element niepewny, jeśli nie wrogi! Swoją drogą, sprawa warta, by poruszyć ją na partyjnym forum!

- Uwaga!

Popatrzył do przodu. Pochód ruszał. Spojrzał na dzieci. Bez napominania uniosły flagi i transparenty. Wśród takiej ilości czerwonego płótna, kto doliczy się, że brakuje czworga pięcioklasistów? Czy zresztą brak tych nieszczęsnych, będących ofiarami manipulacji dorosłych dzieci, krzywdzi kogoś bardziej niż samych nieobecnych? Nie, nie, oczywiście że nie! Jacek Kudełko był tego pewien! Nagle zrobiło mu się żal rudej, piegowatej Kwiatkowskiej o czuprynie zawsze stojącej twardo jak szczota; chudego, nerwowego, czarnowłosego Wilczuka; jąkającej się, grubiutkiej Sikory i zadziornego, posępnego i samotnego zawsze Tarasewicza. I poczuł gniew nagły na tych, którzy sami tyle zawdzięczając ludowemu państwu, wzbronili dziatkom swym współuczestniczyć w święcie majowym, będącym wyrazem poparcia dla tego państwa i podziękowaniem. Za wszystko. Także za możliwość spokojnego, wolnego od niepokoju rodzicielstwa!

A pochód, kiedy ruszył już na dobre po kilku fałszywych, a raczej przedwczesnych alarmach, płynął ulicami stolicy niby rzeka płomienna, szeroka a potoczysta. Czerwień sztandarów, flag i szturmówek lśniła i jarzyła jak ogień, nie taki jednak, który spala, trawi i niszczy, a taki, który zapala umysły i żar w sercach wznieca! Tak wielu ludzi, a zgodnie podążają w tym samym kierunku! Nikt zaś ich nie prowadzi, nikt nie kieruje! Młodzi i starzy, robotnicy i inteligenci, sportowcy i ludzie kultury. W różnym wieku, różnych zasług i talentów, pełniący mniej i bardziej odpowiedzialne funkcje. Wszyscy równi sobie, jednym krokiem maszerujący po jednym asfalcie! Także ci, dla których nie starczyło miejsca w pochodzie, radują się i świętują z innymi, tworząc wzdłuż ulic szpaler wesoły i życzliwy, wiwatami i oklaskami okazujący maszerującym, że choć nieruchomy, wespół przecie maszeruje z nimi! Jakże by zresztą inaczej być mogło, skoro ci w pochodzie i ci na chodnikach to przecież jedno! Bracia i siostry, dzieci i rodzice, koledzy i przyjaciele. Jak dobrze czuć, że wszyscy ludzie są dobrzy i życzliwi, że jest się członkiem wielkiego, wspaniałego kolektywu!

W tym momencie cień przebiegł przez czoło Jacka, albowiem pomyślał o Majchrzakowej, a myśl ta była jak łyżka dziegciu wlana w dzban pełen miodu.

Majchrzakowa...

Jednak myśl o Majchrzakowej i niecnym jej postępku na krótko tylko zachmurzyła czoło Kudełki. Wystarczyło wszak napaść oczy tym co dookoła, a serce wzbierało radością, ufnością i dumą!

Pochód, ta jego część, w której maszerował, zbliżała się do Trybuny. Jacek, podobnie jak szkolne dzieci, jak robotnicy Kasprzaka i 22 Lipca, jak studenci SGPiS-u i zawodnicy Legii, jak wszyscy, wyprostował się, obciągnął ramiona, wyciągnął szyję. Tu właśnie, w obecności najbardziej prominentnych osób, każdy chciał wypaść jak najlepiej, wyglądać najbardziej dziarsko, zaprezentować się najkorzystniej! Może pewien wpływ na to miały zawsze liczne tu kamery, ale Jacek czuł, że takie tłumaczenie, nawet jeśli w znikomej części prawdziwe, jest fałszywe co do istoty. Chęć pokazania się to jedno, człowiek bywa próżny. Zasadnicze jednak znaczenie, zdaniem Jacka, miała tu szeroka gama uczuć żywionych przez obywateli. Uczuć, którymi obdarzali najlepszych spośród siebie! Jakież to uczucia? Oddanie, ufność, przyjaźń...

Lewą! Lewą! Lewą marsz! Głowy zadarte, oczy wpatrzone w przywódców, uśmiechnięte twarze i bijące serca! Czcigodni notable pozdrawiający demonstrantów!

Wtem! Z maszerującej kolumny pierwszaków odrywa się mała jakby kropelka! To niebieskooka, blondwłosa dziewczynka z kwiatami! Jest jeszcze nieduża, niby okruszek! Oczywiste jest, że nie sięgnie na tyle wysoko, by wręczyć czerwone goździki wysoko postawionym towarzyszom! Ale przecież nie jest sama! Już silne, troskliwe ramiona unoszą dziewczynkę, podają innym mocnym rękom, te jeszcze następnym, i oto dziecina staje na szczycie Trybuny i wręcza bukiet towarzyszowi Pierwszemu Sekretarzowi! Oklaski, oklaski, wiwaty!

- Niech żyje!

- Niech żyje!

- Niech żyje!

Jacek Kudełko z żalem pomyślał, że jest już za stary, że nigdy nie wręczy kwiatów Pierwszemu Sekretarzowi w majowe święto. Pech! Gdy był w pierwszej klasie, kwiaty wręczał jego kolega z ławki, syn generała. Teraz jest podsekretarzem stanu w ministerstwie, zdaje się, spraw zagranicznych...

Po minięciu Trybuny nastroje opadły, a szeregi maszerujących zaczęły rzednąć. Z prowadzonej przez Jacka piątej A też ubyło kilku chłopców. Kilku innych niosło więcej niż jedną flagę. Jeszcze parę minut i zamienił na spóźnienia cztery nieobecności.

- Bardzo ładnie! - pochwalił dyrektor - I po kłopocie!

Jackowi niezbyt się podobało takie podejście do sprawy nieobecnych na pochodzie i ich, pożal się... nauczycielki, ale zmilczał. Przecież dyrektor to towarzysz o długim stażu w Partii, należało domniemywać zatem, że wie, co robi. Poza tym Katarzyna miała czekać na placu Zamkowym. Jej szkoła maszerowała wcześniej, wcześniej zatem skończyła. Jacek pozazdrościł Kasi wcześniejszego zakończenia manifestowania, ale tylko z uwagi na upał. Zganił się zresztą za to. W duchu.

Katarzyna czekała. Jacek ujrzał ją z daleka, liżącą loda, w towarzystwie wysokiego, żywo gestykulującego blondyna.

- Panowie się znają? - spytała promiennie uśmiechnięta.

Wzrok Jacka sprawił, że blondas zmył się szybko, nie czekając aż Kasia przedstawi mu dużego, najwyraźniej zazdrosnego i rozeźlonego mężczyznę. We wzroku Jacka musiało być coś szczególnego, gdyż Katarzyna, całując go na powitanie, szepnęła:

- Mmm... Muszę postarać się o całe tabuny blondynów...

- Bo?

- Żebyś częściej patrzył tak jak teraz... - zamruczała - ... mógłbyś kupić sobie antyperspirant...

- Pachniesz ładnie - powiedział - ale też się pocisz.

- Smakuje?

Uśmiechnął się. Gdyby nie był taki przystojny, powiedziałaby, że obleśnie. Ale był, pomyślała więc, że seksownie.

Trzymając się za ręce przespacerowali uliczkami Starego Miasta, wyszli na Nowe i w jego Rynku usiedli przy kawiarnianym stoliku ocienionym olbrzymim parasolem reklamującym jeden z radzieckich browarów. Kelnerka zjawiła się po chwili.

- Czego? - spytała.

Katarzyna, wyraźnie zniesmaczona, skrzywiła usta. Jackowi także nie spodobał się ton, jakim wypowiedziane zostało owe "czego", ale rozumiał, że kobieta może czuć się rozżalona tym, iż przyszło jej pracować w takie święto. Ponadto w taki skwar.

- Czy moglibyśmy dostać coś zimnego? - zapytał.

Kasia skinęła główką. Kelnerka też.

- Tak. Lodówki, Bogu dzięki, pracują. Piwa dziś nie podajemy!

- Przecież wiem! - żachnął się Jacek - Dla ciebie?

Kasia zastanowiła się przez momencik.

- Sok brzoskwiniowo-pomarańczowy jest?

Kelnerka kiwnęła głową. Spojrzała na Kudełkę.

- A dla mnie seven up!

Personel oddalił się, poczłapując. Katarzyna odprowadzała go wzrokiem niezbyt przyjaznym.

- Krowa!

Jacek westchnął.

- Ależ Kasiu... Nie była może zbyt miła, ale to przecież nie ewenement. Zła jest pewnie, że musi pracować w takim dniu, kiedy wszyscy świętują...

- Ja jej kazałam zostać kelnerką? Mogła się uczyć! Ja jej nie zabraniałam!

Jacka zastanowił wyraz twarzy Kasi. Zacięty i gniewny.

- W zasadzie masz rację - podlizał się - Przecież jak wszyscy w naszym kraju miała możność bezpłatnego kształcenia się na wszystkich szczeblach...

- Jacek! - jej głos ni to groził, ni kpił - W kawiarni jesteśmy, nie na POP!

- Masz rację, Kasiu! Krowa!

- No!

Całkiem już wesoła wyszła na chwilę do toalety. Kiedy wróciła, sok brzoskwiniowo-pomarańczowy czekał na nią.

- Mmmm, co za rozkosz... - westchnęła ciągnąc przez słomkę zmrożoną ciecz - Gdyby to jeszcze było na Hawajach, a choćby na Rivierze!

Nie po raz pierwszy Katarzyna zdradzała niezdrową fascynację zgniłym Zachodem. Nie chęć turystycznego wyjazdu, krajoznawczej wycieczki pozwalającej porównać oba systemy i cieszyć się swoim, socjalistycznym. Nie ochotę na wypad po zakupy w supermarketach. Jacek wyczuwał, że Kasi Zachód podobał się jako taki. Nie pochwalał tego i nie rozumiał, ale wybaczał. Jej wybaczyłby wszystko. To kwestia nóg i biustu.

- Wiesz... - ciągnęła - ... jedna taka z naszej szkoły, od rosyjskiego, wyszła niedawno za mąż... Nic nadzwyczajnego ten jej mąż! Ona zresztą też... Ale teścia ma super! Jest dyrektorem jakiejś centrali handlu zagranicznego. Ma szmal...

W tym momencie Jacek pomyślał, że mimo niekłamanej sympatii, oględnie powiedziawszy, mimo odczuwalnego silnego popędu fizycznego, nie mógłby być dla Kasi członkiem wprowadzającym...

- ... mimo że to przecież w trakcie roku szkolnego! Niedawno wróciła. Czujesz to? Trzy tygodnie w tropikach! Na koszt teścia! I to gdzie? I w jakich warunkach! Mówiła, że luksus taki, że głowa boli! Oddzielna, prywatna plaża bez pospólstwa i motłochu, baseny z wodą morską i słodką, jak kto chce... Apartament jak z bajki... Służba cicha i uprzejma... No i szybka ma się rozumieć! Wieczorami chadzali do kasyna... A jak się obkupiła! Sklepy ponoć istne cuda ! Mówi, ze miała tam powodzenie, ale w to nie wierzę, ten jej ślubny był z nią... Co ja plotę? Przecież byli w podróży poślubnej... Mówiła, że w Honolulu...

Jacek westchnął. W duchu. Wiedział przecież, że złotówki wymienione w banku na walutę każdego z państw zachodnich i tam wydane starczały na więcej. Sam korzystał z tego, obkupując się w czasie studiów kilkakroć w Wiedniu i Hamburgu. Co innego jednak wypad za miedzę do supermarketu od czasu do czasu, jak kto chce, a co innego urlop po drugiej stronie globusa w kurorcie dla burżuazji amerykańskiej! Zwykła pensja, nie to że nauczycielska, nie wystarczy. A Kasi tak oczy się świecą...

- Przepraszam, że ci przerwę, kochanie! Chciałabyś tam pojechać?

Na sekundę ją zatkało. Potem zaśmiała się.

- Pytanie! A co, zafundujesz mi wycieczkę? Logostur tam nie jeździ!

Zignorował jej kpiarski ton. Wpadło mu do głowy coś, co mogło uwolnić go od nauczania tumanów historii, a jednocześnie dostarczyć tych... no... pieniędzy większych niż w oświacie, dużo większych... Talonu na audi, tego wszystkiego, co uczyniłoby Kasię szczęśliwszą!

- Chciałabyś? - powtórzył.

- Pewnie!

Pozostała jedna kwestia, dla Jacka dość istotna.

- Czy ta twoja koleżanka nie czuła się... nieswojo... widząc, że korzysta z, było nie było, wyzysku i ucisku ludzi pracy?

Kasia wydęła wargi.

- Nie rozmawiałyśmy o tym, ale chyba nie. Nie sądzę!

- A tobie nie byłoby głupio? - dociekał.

- Czemu by miało być? - zdumiała się.

- No... że właśnie korzystasz z tego wyzysku... że cieszysz się nieusprawiedliwionymi przywilejami...

Wzruszyła ramionami.

- W tym właśnie cały urok, nie sądzisz? - odparła.

Jacek popatrzył na piękną twarz Katarzyny, na leniwy personel ignorujący niemal ostentacyjnie klientów, którzy właśnie w większej liczbie zawitali do kawiarni. Pomyślał, że tym akurat babom przydałoby się trochę niepewności o posadę i powiedział:

- Może tak, może nie... Ale polecimy tam Kasiu! Obiecuję!

Jego słowa wprawiły Katarzynę w dobry nastrój. W każdym razie rozweseliły.

No, rozśmieszyły.

***

Jest to fragment powieści "political fiction" Adama Skorba pod tytułem "Kroplófka". Wkrótce ukażą się kolejne części. Zainteresowanych książką zapraszam na: www.kropflofka.pl

Przeczytaj pierwszy fragment