Wydarzenia
Publikuj na PNTeraz czytaneZaloguj sięPrace Prawicy.net |
1 sierpnia 1944 a tradycja romantyczna
Autor: Dubitacjusz, sob, 02/08/2008 - 05:46
Dyskusje nad 1 sierpnia 1944 roku mają charakter rytualny. W każdą rocznicę realiści dyskutują z romantykami, używając tych samych argumentów. Z rocznicami jest ten problem, że powtarzają się co roku. Z rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego było inaczej, bo wpierw nie pasowała do PRLowskiej historiozofii (Hans Kloss + Janek Kos), a następnie do gazetowyborczego wychowywania. Od kilku lat klimat na politykę historyczną się zmienił i dzień 1 sierpnia, a także dni sąsiednie media poświęcają Powstaniu. Początkowo odbierałem to zjawisko pozytywnie, teraz mam mieszane uczucia. Formuła komiksów, muzyki rockowej, inscenizacji wydaje mi się nieodpowiednia. Ale przede wszystkim irytuje mnie sposób celebrowania przez najwyższe (i nie tylko najwyższe) władze państwowe rocznicy jednej z największych tragedii Narodu Polskiego w XX wieku. Dlaczego w ten sposób nie są obchodzone polskie triumfy: bitwa grunwaldzka, zdobycie Moskwy, odsiecz Wiednia, a całe zaangażowanie idzie w upamiętnianie klęski? Niestety, rano zajrzałem na stronę www.prawica.net i zobaczyłem propowstańczy artykuł p. Adama Kuzia. Właściwie chciałem pisać kontropinię, ale w dyskusji poniżej tekstu powiedziano niemal wszystkie najważniejsze rzeczy. Szacunek żołnierzom ale: Powstanie nie miało szans na sukces i z tego powodu nie powinno mieć miejsca. Polacy nie mieli broni, dowódcy AK na rzeź wysłali dzieciaki bez broni (wierze w patriotyzm młodzieży). Akcja Burza na Kresach pokazała że sowieci mordują AK walczących z Niemcami. Na wysiłku powstańców skorzystali tylko sowieci. cele militarne, które miały zostać osiągnięte w pierwszych jego dniach nie zostały zrealizowane. Zdaje się, że klęska Powstania była konsekwencją tych niepowodzeń z pierwszych dni (lotnisko, mosty). Jeśli tak było, to błędy były na etapie planowania i przygotowania. Powstanie było z góry skazane na klęskę i to klęskę o rozmiarach przerażających. Nie miało żadnych szans militarnych, a tym bardziej politycznych. w tej sytuacji dowódcy AK, którzy podjęli decyzję o wybuchu powinni byc postawieni przed sądem. Ale też prawdę powiedziawszy Sosnkowski powinien wyraźnie zakazać tego typu wystąpień. Bohaterstwo żołnierzy i młodzieży jest natomiast porywające i o tym właśnie powinniśmy pamiętać. Jednak nadawanie polskiemu patriotyzmowi zgoła idiotycznego kierunku, w którym każda klęska jest czczona jak największe osiągnięcie świadczy waśnie o aberracji umysłowej, której - dopóki nie przełamiemy, dopóty będziemy "pawiem narodów i papugą". Roman Dmowski (mój polityczny antypoda) pisał, że żołnierz jest odpowiedzialny za to jak walczy, oficer za to jak żołnierzem kieruje, a polityk - za samo użycie wojska. Pisał to w ramach swojej krytyki polskich powstań XIX wieku, podkreślając, że ta krytyka jest adresowana wyłącznie do polityków. Napisał: "wojsko zrobiło swoje, politycy - nie" To samo można powiedzieć o Powstaniu Warszawskim. A jeżeli mowa o pozytywnych skutkach tej tragedii, to warto wymienić Październik 1956. Być może świeża jeszcze pamięć Powstania spowodowała, że społeczeństwo polskie zachowało się inaczej niż węgierskie, a kard. Wyszyński inaczej niż kard. Mindszenty, co uchroniło Polskę od losu Węgier. Hipoteza "Festung Warschau" jest naciągana. Zniszczeń Poznania nie da się nawet porównać do zniszczeń Wrocławia. A w żadnym z miast przedwojennej Polski "festungu" nie było. Hipoteza o ewentualnym powtórzeniu rzezi Pragi trąci już obsesją. Oczywiście były też głosy za Powstaniem, gdzie szczególną uwagę zwraca głos p. Anta, któremu nie podoba się racjonalizm, więc zapewne uważa, że polska polityka powinna być irracjonalna. P. Kuź ma rację mówiąc o losie AK po wejściu armii radzieckiej, ale zapomina o losie 200 tys. cywilnych mieszkańców. Parafrazując p. Sławka: to nie był ICH WYBÓR. P. Janusz Sanocki konfrontuje powstanie warszawskie z praskim, choć z tekstu p. Bogdana Pliszki "Rosyjscy sojusznicy Hitlera" można wyczytać, że w Pradze nie było aż tak różowo. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że pierwszosierpniowe dyskusje mają charakter rytuału. Dyskutanci "wiedzą swoje". Chciałbym jednak poruszyć inny wątek. P. Sanocki zwraca uwagę na romantyzm polityczny. Przykładem tego sposobu myślenia jest tekst p. Kuzia: Insurekcja kościuszkowska zakończyła się klęska, ale stanowiła silny impuls patriotyczny bez którego nie przetrwalibyśmy zaborów jako naród. Czesi, Słowacy, Węgrzy, Łotysze, Estowie, Słoweńcy, Chorwaci, Serbowie, Bułgarzy, Rumuni istnieją jako narody. Polacy też obyliby się bez pana Kościuszki. Powstanie Listopadowe mogliśmy wygrać, ponieśliśmy jednak klęskę z powodu nieudolnego dowództwa. Z powodu dysproporcji sił nie było szans. Powstanie Styczniowe zaraz po jego upadku postrzegane jako bezprzykładna klęska spowodowało dzięki uwłaszczeniu rozwój świadomości narodowej polskiego chłopa. Uwolnienia od poddaństwa chłopów dokonał car. Powstanie Wielkopolskie w 1918 zakończyło się sukcesem. Poznań zajęty przez przeważające siły wroga został odbity w precyzyjnie przeprowadzonej akcji przy minimalnych stratach własnych. Bo były sprzyjające okoliczności w przeciwieństwie do roku 1794, 1830, 1863, 1944. Także Poznański Czerwiec 1956 roku należy do kategorii zrywów niepodległościowych mimo, że padło w nim tylko około 100 zabitych. Im więcej zabitych, tym lepiej? Jednak od przyczynkarstwa, ważniejsza jest odpowiedź na pytanie Doświadczenia XVIII i XIX wieku skompromitowały polityczny romantyzm i tradycję insurekcyjno-powstańczą. Pojawili się lojaliści, pozytywiści, wreszcie narodowcy. Zamiast zrywów powstańczych wybrano pracę nad wzmacnianiem Narodu Polskiego w ramach państw zaborczych. Kto jest winny odrodzenia tradycji powstańczej? Odpowiedź brzmi: Józef Piłsudski i obóz sanacyjny. Trzeba się zastanowić nad przyczynami odzyskania bytu państwowego w 1918 roku. Były to:
Nie było znaczącego związku między Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego a odzyskaniem państwowości. Za to w listopadzie 1918 roku, gdy na Zachodzie działał Dmowski, a w kraju samorzutnie tworzyły się polskie instytucje, powołana przez Niemców Rada Regencyjna przekazała władzę Józefowi Piłsudskiego, wysłanemu przez Niemców specjalnie na tę okoliczność pociągiem do Warszawy. Obóz piłsudczykowski, chcąc ukryć to niezbyt chwalebne pochodzenie władzy swojego Marszałka, stworzył legendę czynu legionowego, zgodnie z którą odzyskanie niepodległości miałoby być jakoby zasługą Piłsudskiego i jego Legionów. Stąd fałszywe przekonanie, że romantyczny czyn może prowadzić do celu. Paradoksalnie, legenda legionowa została podtrzymana przez PRL. Ludzie, którzy zadawali sobie sprawę z kłamliwości komunistycznej propagandy, odruchowo trzymali się propagandy sanacyjnej jako odtrutki na komunizm. Paralelnie miała sie sytuacja w 1989 roku. Znów koniunktura międzynarodowa (klęska socjalistycznej gospodarki w "zimnej wojnie") zadecydowała o zmiana politycznych. Tymczasem, podobnie jak swego czasu piłsudczycy, obóz solidarnościowy potrzebował mitu. Stąd legenda jakoby to Solidarność w Sierpniu 1980 roku (w wersji karykaturalnej: Lechu skaczący przez płot) zapoczątkowała upadek komunizmu. Ja całym sercem zwalczam romantyczna mitologię, ponieważ nieodmiennie prowadzi ona do nieszczęść. Przykładem było Powstanie Warszawskie. Zderzenie ideologii Czynu z rzeczywistością skończyło się masakrą ludności i zniszczeniem stolicy. Cel polityczny był oczywisty: oswobodzenie Warszawy własnymi rękami przez oddziały uznające rząd londyński, a nie sowieckie marionetki. Miałoby to wzmocnić pozycję Mikołajczyka wobec Stalina. Czy jednak rzeczywiście powitanie Armii Czerwonej na mostach Warszawy przez delegata legalnego rządu mogłoby zmienić postanowienia jałtańskie? Podobnie jak w 1918 decydowała sytuacja międzynarodowa, tylko tym razem działała ona na nasza niekorzyść. W dodatku popełniono błędne były kalkulacje militarne. Siły powstańcze były zbyt słabe, by wyzwolić miasto. Podejmujący fatalna decyzję nie mogli nie wziąć pod uwagi skutków, znali hitlerowską politykę: mordy, obozy koncentracyjne, egzekucje odwetowe. Podobnie miała się rzecz ze Stalinem. Znana była jego bezwzględność (Katyń), nie można było oczekiwać, że wesprze Powstanie politycznie skierowane przeciwko niemu. W dyskusji zwolennicy Powstania stosują patriotyczny szantaż, zasłaniając głupotę ówczesnych decydentów, bohaterstwem powstańców. Gdyby po II Wojnie Światowej powstała Wolna Polska, przywódcy Powstania powinni trafić pod sąd i zostać skazani na karę śmierci. I tu pojawia się kolejny paradoks. Wolna Polska nie zaistniała, zamiast niej powstała Polska uzależniona od ZSRR, a gen. Okulicki i Jan Stanisław Jankowski zostali zamordowani przez Sowietów, co uczyniło z nich męczenników narodowych. Nie wiem, do jakich klęsk romantyzm polityczny doprowadzi Polskę w przyszłości, ale ja wolałbym ich uniknąć. Dubitacjusz |
Nie celebruje się naszych
Nie celebruje się naszych zwycięstw bo rządzącym (PiS, PO, PSL, SLD) zależy że by stłamsić nasza tożsamość. PO chciało by stłamsić ją zupełnie. PiS zostawić tylko powstanie warszawskie i Piłsudskiego (ale nie Wołyń, wywózki na sybir, Dmowskiego nie wspominając o reszcie 900 lat historii Polski).
Ciekawe jest czemu tylko powstanie warszawskie w oczach PiS jest OK. Ciekawa jest też schizofrenia PiS które czci walczących o niepodległość Polski i równocześnie likwiduje niepodległość Polski.
Rozreklamowanie powstania oceniam jako dobre (prócz cenzurowania dyskusji o jego negatywach). To rozreklamowanie jest wzorem jak promować resztę historii Polski.
Wiele można zrobić samodzielnie. Najlepiej to pokazują narodowcy którzy samodzielnie i za własną kasę przywracają wiedzę o endecji (strony internetowe, portal endecja, żywa tradycja polityczna, książki i czasopisma).
proszę na to spojrzeć szerzej
Tłamsi się ducha i wolę oporu.
Może Pan nie wie, ale martyrologia bardziej jednoczy niż zwycięstwa. Problem jedynie w tym, jak to jest podawane.
Przykładem niech będzie Naród Żydowski albo Ormianie.
Niemcy też karmią się martyrologią. Poczucie dumy jest czymś znacznie głębszym.
Zbyt mało czołobitnie
Same inicjały sprawy nie załatwiają - należy pisać co najmniej: Bohaterski Naród Żydowski.
Istotą wolności
jest niezgoda na bezprawie. W każdym z wymienionych przyczyn powstań, oprócz Wielkopolskiego była niezgoda na bezprawie.
Konfederacja Barska - niezgoda na panoszenie się w Polsce Rosjan
Insurekcja Kościuszkowska - niezgoda na Targowicę
Powstanie Listopadowe - niezgoda na łamanie Konstytucji. Zostało wywołane w idealnym momencie, po mobilizacji armii przeciw Francji.
Powstanie Poznańskie - niezgoda na likwidację Księstwa Poznańskiego
Powstanie Styczniowe - niezgoda na łamanie wolności przez nakazy administracyjne Wielopolskiego. Nie wybuchłoby, gdyby Wielopolski nie wpadł na "genialny pomysł" branki. Andrzej Zamoyski - Twórca Towarzystwa Rolniczego był zwolennikiem pracy organicznej i wytłumienia nastrojów powstańczych, których gbur Wielopolski po prostu nie rozumiał.
Powstanie w czasie rewolucji 1905 r. mogłoby sprawić wywalczenie autonomii, ale japoński agent Dmowski zwerbowany w 1893 podczas pobytu Yasumasy Fukushimy w Warszawie w lutym tegoż roku storpedował wysiłki Piłsudskiego w tym względzie, podczas jego pobytu w 1905 r. w Tokio.
3 Powstania Śląskie były odpowiedzią Ślązaków na bezprawne przyłączenie dużej części Ślaska do Niemiec. Gdyby państwa Ententy myślały poważnie o Niemczech jako zagrożeniu. To dążyłyby do odbudowania Status Quo sprzed 1870 r., a nie utwierdzaniu postBismarckowskiego porządku. Zatem zależałoby im na osłabianiu Niemiec również przez wzmacnianie ich sąsiadów.
Powstanie Wielkopolskie - to wykorzystanie szansy Niemiec osłabionych rewolucją wewnętrzną, gdyby rewolucji w Niemczech nie było Niemcy poradziłyby sobie z Powstaniem w 2 miesiące.
Powstanie Warszawskie - to protest polityczny przeciw dogadaniu się mocarstwa w Jałcie. Po to Wielka Brytania zabiła Sikorskiego, aby nie dopuścić do wycofania się wojsko Polskich z działań wojennych. Bądź co bądź było to blisko 100 tys. żołnierzy. których trzeba byłoby np. internować, a to mogłoby oznaczać dodatkowe odkomenderowanie ok. 10-20 tys. żołnierzy brytyjskich do zajmowania się obozami internowania. Czyli osłabienie sił inwazyjnych o 120 tys. na dzień dobry.
Poznański Czerwiec - to protest przeciwko totalnemu zubożeniu społeczeństwa.
Po okrągłym stole, kiedy część opozycji zgodziła sie być po stronie władzy, drugą część intensywnie się zamilcza, a gdy ot nie pomaga - oskarża o antysemityzm. Nastąpiło zatem rozbicie i przechwycenie opozycji. Jest taki stan jak w 1864 r. tylko wtedy mozna było się bogacic, a teraz wolno już tylko SWOIM.
----
W sprawach prywatnych, proszę pisać na Berdyczów
przyczyny powstań
Ma Pan rację, ale działanie polityczne i militarne podejmuje się, aby osiągnąć konkretne cele. Powstania nie doprowadziły do osiągnięcia tych celów, więc były co najmniej błędami.
Są wymieniane zagraniczne inspiracje powstań w celu odciągnięcia mocarstw zaborczych od wydarzeń na Zachodzie
Insurekcja Kościuszkowska - osłonięcie rewolucji francuskiej
Powstanie Listopadowe - osłonięcie rewolucji we Francji i Belgii
Powstanie Styczniowe to ewidentny związek z polityką Bismarcka, przy zaangażowaniu Rosji w sprawę Polską Prusy mogły spokojnie stoczyć wojny z Danią, Austria i Francją
albo wzrost represji.
Trudno przenosić tu wnioski z historii autonomii w Finlandii.
1905
Dla Rosji wojna z Japonią była ciężkim doświadczeniem. Oto Państwo, które jeszcze 40 lat temu było zgrają dzikusów z mieczami (znam historię Japonii, więc wiem o czym piszę) w ciągu 40 lat podbiło Tajwan, Koreę, wygrało wojnę z Chinami i z Rosją! (łącznie z rozgromieniem dwóch flot (Pacyfiku w Port Arturze i Bałtyckiej - Pod Cuszimą (Tsushima))).
Wywołanie wojny na głębokim zapleczu frontu, w najbogatszej prowincji imperium - Królestwie Polskim, która pod względem uprzemysłowienia skupiała 30-40% zapasów całego imperium musiałoby spowodować wielkie przetasowania na scenie priorytetów społecznych w Rosji. Jednocześnie wybiłoby siłę komunistom, którzy dla realizacji swoich celów werbowali robotników. Być może Ci robotnicy zagrożeni wcieleniem do armii carskiej - woleliby bić się za wolną Polskę przeciw Rosjanom, Niemcom i Zydom, którzy byli uosobieniem wszelkiego ucisku. Piłsudskie nie dlatego wsiadł do tramwaju "socjalizm" bo go kochał, tylko dlatego, że był to jedyny masowy ruch społeczny, który miałby siłę rozwalić system. I można byłoby go wykorzystać. I Piłsudski, kiedy juz uzyskał to o co walczył - wysiadł z tego "tramwaju" (eNDecy ciągle tego nie dostrzegają, że polityka posługuje się niekiedy wszelkimi środkami bardzo cynicznie i są bardziej romantyczni w miłości do Rosji niż najwięksi ideowcy socjalistyczni w miłości do robotników).
Wybuch powstania na tyłach Rosji, a jednocześnie utworzenie legionu polskiego na terenie Japonii do Walki z Rosjanami, mogłoby spowodować daleko idące zmiany w całym imperium Rosyjskim, zanim Lenin syfilityk dojrzałby do rewolucji!
W ostateczności Japończycy nie zgodzili się na broń dla Królestwa, nie zgodzili się na utworzenie legionu polskiego, ale zgodzili się na nie traktowanie wziętych do niewoli Polaków jako jeńców wojennych. To już coś. Zwłaszcza, że Polacy stanowili 30% wszystkich żołnierzy na froncie wschodnim i to tych najbardziej inteligentnych i o najwyższym morale!
----
W sprawach prywatnych, proszę pisać na Berdyczów
Ma pan całkowitą rację!!!
Paweł z Warszawy
To co pan pisze jest logiczne i ma sens!
Całkowicie się z pańskim zdaniem zgadzam.
Mam tylko trochę inne zdanie na temat Dmowskiego.(każdy wybrał inną drogę do odzyskania niepodległości Roman Dmowski wybrał taką).
Pozdrawiam.
Panie Pawle ale R.Dmowski
Panie Pawle ale R.Dmowski jako nieliczny z elity został w kraju i za to szacunek... j
jak na zebraniu załogi z kolektywem partyjnym PZPR
Ludziska sobie podyskutowali, by potem, z mównicy, podsumowania dokonał, ktoś "bardziej świadomy", w myśl szczytnych i jedynie słusznych idei. Czy Pan Dubitacjusz, dostrzega, że taka forma podsumowania (poza dyskusją, z mównicy) może wydawać się mało elegancka?
Myślę, że problem przestał już dotyczyć Powstania Warszawskiego a znacznie, znacznie czegoś ważniejszego. Staram się to w sobie teraz zwerbalizować- dusz Polaków? pamięci? "racjonalności" polityków? polityki?.... i co może sią za tym skrywać? (obawa?, strach?)
Ponta tego tekstu wydaje się bardzo karkołomna. Co z niej wynika, że nie warto nadstawiać głowy?
PS
Dlaczego nie data 1772 i analiza przyczyn Pierwszego Rozbioru Polski?.
forma i treść
Jeśli jest Pan urażony formą, to za nią mogę serdecznie przeprosić.
Gdy rano przeczytałem tekst p. Kuzia, chciałem napisać odpowiedź w formie opinii. Gdy po południu zajrzałem na prawicę.net zauważyłem, że większość tego chciałem powiedzieć wyrazili dyskutanci pod wymienionym tekstem. Uznałem, że nieelegancko byłoby powtarzać myśli, które wcześniej zostały wyrażone na forum, stąd formuła cytatów, faktycznie nienajszczęśliwsza w tekście typu "opinia". Moja wypowiedź rozrosła się na tyle, że uznałem, że jest za długa na komentarz. Zresztą zaczynałem pisać ten tekst jako "blog", co też mi nie pasowało treści. Po długim wahaniu, zdecydowałem się na "opinię". Zapewniam, że gdyby Admin uznał, że tekst nie nadaje się do działu "opinie" i przesunął go w inne miejsce, w ogóle nie poczułbym sie urażony.
Rozsądek.
Nadstawiać, gdy to ma sens.
Pointa jest dlatego karkołomna, że żyjemy w czasach pokoju i nikomu nie opłaca sie rozpętywać wielkich wojen. Jednak w dalszej przyszłości nie można wykluczyć poważnego konfliktu. Jest ryzyko, że możni tego świata będą chcieli użyć polskich romantyków jako mięsa armatniego. Wolałbym aby rodzima "klasa polityczna" tak działała, by tego uniknąć.
A poważniej, nie data 1772 jest najistotniejsza, ale upadek myśli politycznej w sarmackiej Polsce.
I tu odniosę się do współczesności. Obecnie w "elitach" rządzących terytorium Polski mamy głównie zwolenników koncepcji europejskiej (federalna Europa jako mocarstwo samodzielne) i koncepcji transatlantyckiej (konfederacyjna Europa jako sojusznik mocarstwowych Stanów Zjednoczonych). Ja, jako umiarkowany nacjonalista, jestem zwolennikiem prowadzenia polityki, w której Polska będzie suwerennym podmiotem.
Nadzieję na taką politykę wiążę przede wszystkim z prawicą. Jeśli jednak szeroko rozumiani prawicowcy mają prowadzić politykę Polską, to chciałbym aby robili to racjonalnie, tymczasem duch romantyzmu znów atakuje. Stąd mój tekst.
Romantyzm jest OK.
Jak się ma nadwyżki ludności.
NSZ
Paweł z Warszawy
Wszyscy żołnierze powstańczy z naszywkami z Orzełkami na lewym rękawie i z tymi wielkimi Orzełkami na hełmach to żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych.(na zdjęciach)Jednostki te walczyły w Śródmieściu.
Pierwszy Sierpnia 1944
Paweł z Warszawy
Pan Dubitacjusz
Za pierwszą uwagę przepraszam- rozumiem.
Co do reszty widzę, że nie odczytał Pan moich intencji. Cała rozmowa o Powstaniu odsłania pewną maskę i może jeżyć włos na głowie. W wielkim skrócie postaram się to ukazać. Nie jestem filozofem i proszę o wyrozumiałość
Racjonalizm odwołuje się do rozumu – w najtwardszej formie, tylko do rozumu (pominę , że nic dla mnie bardziej bezpłciowego niż sam rozum) To, co jednak dostrzegam jest czarowaniem się słowami. Proszę pomyśleć nad tym co chcę napisać.
1 pierwszy i zasadniczy błąd to założenie, że Pana postawa jest racjonalna a moja romantyczna- z pewnością można ją tak nazwać, ale nie musi być nie racjonalna. Cel jaki Pan wytycza jest mglisty i niejasny. To, co proponują tutaj ludzie pielęgnujący „pamięć” i martyrologię, może być dla Polaków znacznie korzystniejsze (jeżeli to jest podstawą wartościowania) poprzez wzmacnianie tożsamości, postaw patriotycznych etc. Wywody natomiast, które Pan wspiera, robią z nas ofiary losu, i nakłaniają do oportunizmu, a w nieuchronnej konsekwencji, do zabicia postaw patriotycznych (wszak jest to postawa romantyczna i irracjonalna)–może to przynieść jakieś korzyści nam wszystkim?
2 Pisząc swój artykuł i dobierając cytaty, nie kieruje się Pan rozumem (a wiec chłodnym i beznamiętnym analizowaniem) lecz emocjami i z góry przyjętymi złożeniami uznanymi dla Pana za słuszne- szuka w cytatach potwierdzenia słuszności swoich poglądów
3 ”Patrzymy na świat poprzez pryzmat własnych potrzeb i tego co uznaliśmy za ważne” Ta myśl niech będzie mottem do wszystkiego co napiszą dalej.
To co na forum prezentowane jest jako „racjonalizm” może dowodzić głupoty, cwaniactwa lub nieumiejętności racjonalnego myślenia
Jak wspomniałem, myślenie racjonalne odwołuje się do rozumu, a więc chłodnej i beznamiętnej analizy faktów. W życiu moglibyśmy nazwać to cynicznym podejściem do rozwiązywanych problemów. To jednak ma być tylko metoda poszukiwania rozwiązań dla stawianych celów . Nie oznacza wspierania wszystkiego co cyniczne lub nie etyczne.
Dla przykładu:
W dyskusji Pan Sanocki otwarcie skłania się do postaw oportunistycznych, widzac
w nich czasami słuszną drogę postępowania. Pan Banachewicz natomiast radzi zostawić etykę za drzwiami, głosi kult cwaniactwa, siły i do tego jest zwolennikiem Machiavellizmu. Takie poglądy nie mają nic wspólnego z racjonalizmem- są jedynie racjonalizowaniem swoich postaw.
Racjonalizm nie jest tożsamy z amoralnością i cyniczną postawą życiową.
Nie wiem, czy wyrażam myśl wystarczająco jasno. Zapewne wielu ludzi na tym portalu zrobiłoby to lepiej
Problem w tym, że poglądy racjonalizujące wątpliwe moralnie postawy, w naszej polityce przybierają postać szerokiego zjawiska. Widzę, jak coraz bardziej demoralizują się moi znajomi bawiący się w politykę. To co jeszcze kilkanaście lat temu nazwali by „świństwem” lub złodziejstwem, dzisiaj argumentują podobnie jak wyżej – dla nich każdy wątpiący w takie mądrości i relatywizowanie, jest głupcem nie umiejącym dostosować się do istniejącej rzeczywistość - prezentuje irracjonalną i naiwną postawę (jestem jednym z tych naiwnych głupców i może mają rację)
Może zabrzmi to zbyt mocno, ale chyba mocne określenia są tu właściwe, z uwagi na powagę problemu i ustawiczne mydlenie sobie wzajemnie oczu. Na polityków zaczynam spoglądać jak na obozowych kapo- usłużnych nadzorców w obozach pracy. Biorąc pod uwagę prezentowany tok rozumowania wielu polityków, oni też byli "racjonalistami".
Taraz najważniejsze i temacie dyskusji o Powstaniu.
Czasami zastanawiam się czy ci cwniacy i zwykli złodzieje w polityce, nie mają chwilami obaw, że to wszystko kiedyś pęknie buntem pogardzanego teraz motłochu. Jestem pewien, że takie rozterki ich czasami dopadają i nocnym koszmarem śni im się lud gotowy stanąć do walki na śmierć i życie za lata pogardy i bezprawia. Może właśnie każde święto Powstania Warszawskiego nakłania ich do tych ponurych myśli, burzących samozadowolenie. Przecież, następny zryw może być wreszcie zwycięski?
Pointa: W tym momencie, faktycznie, może zaczynać pojawiać się prawdziwy racjonalizm wśród wielu polityków i buisnesmenów "z przydziału".
Przepraszam za rozwlekłość, ale może teraz zrozumiemy się lepiej
coś nas łączy,
też nie jestem filozofem.
Przypomina mi to rozumowanie JKM-a, które kiedyś czytałem. Ateista powinien popierać religię, bo dzięki niej ludzie są bardziej moralni, czyli samemu ateiście żyje się lepiej.
Ale JKM to potrafi wszystko zracjonalizować.
Wracając do cytatu z Dmowskiego, która podał jego "antypoda", p. indris.
Żołnierz jest odpowiedzialny za to tylko, czy jest dobrym żołnierzem, za swą odwagę, wierność, obowiązkowość. Dowódca jest odpowiedzialny za to, jak tym żołnierzem kieruje. Polityk jest odpowiedzialny za samo użycie wojska. Mnie tu obchodzą tylko politycy, tylko organizatorowie zbrojnych poczynań. I od początku tylko nimi się zajmuję.
Gdyby żołnierze, dowódcy i politycy rekrutowali się z osobnych stanów można by oddzielnie uczyć żołnierzy heroizmu, a dowódców i polityków - rozsądku.
Ponieważ tak nie jest, szkoły i media nasączają wszystkie skorupki tymi samymi treściami, trzeba uczyć i jednego, i drugiego.
Ha, może być to prawdą, ze racjonalizuję swoje emocje. Ale czy zna Pan jakiegoś obiektywnego człowieka?
Staram się kierować rozumowaniem. Decyzja o wybuchu powstania była błędem militarnym. To zadecydowało, że nawet gdyby mogła przynieść korzyści polityczne, to ich nie przyniosła. Koszt klęski był przerażający. Trzeba o tym mówić, by rozsądnie oceniać korzyści i straty w przyszłości.
Racjonalizm nie jest tożsamy z amoralnością i cyniczną postawą życiową.
Ale jeśli przynosi ich rozwiązanie. Trzeba się zastanawiać, jakie naruszenie etyki jest dopuszczalne w polityce, a jakie nie. Przykładowo akcja "Wisła" skutecznie rozwiązała problem band ukraińskich terroryzujących Bieszczady. Czy jednak przesiedlenia powinny objąć ogół Łemków. Nie wiem.
Inny przykład. W ramach historii alternatywnej pojawia się wizja sojuszu polsko-hitlerowskiego w 1939. Różni antykomuniści argumentują, że Hitler to był taki fajny gość, który chciał tylko walczyć z bolszewikami, a przez wojnę stał się zły. Ja uważam, że idąc w 1939 r. razem z III Rzeszą, przekroczylibyśmy granicę amoralności.
To chyba dotyczy czeskiego wzorca. Jestem przeciw idealizowaniu Czechów, ale w 1989 znaleźli się w tyn samym punkcie co Polacy. Czyli masakra Warszawy nie była potrzebna.
A jaka jest alternatywa: zostańmy świętymi (Mesjaszem Narodów), a wszyscy wrogowie się nam pokłonią. Byłoby etyczne, ale nie działa.
Mogę się zgodzić, że makiawelizm deprawuje makiawelistów. Cóż mogę powiedzieć, potrzebny jest rozsądek i sumienie, by porównywać cele i środki.
W dodatku, pisze Pan chyba o innym zjawisku, o wypaczaniu celu. Sytuacji, gdy celem przestaje być służba dobru wspólnemu, a staje się zdobycie "stołka".
Jakoś przestałem wierzyć w "gniew ludu". Mieliśmy Leppera z ludu i jak się skończyło.
Irracjonalizm przypominający
powiedzenie Piłsudskiego o konieczności podejmowania wysiłku przebijania muru głową. To nic, że głowa krwawi, a mur stoi nieporuszony. Za którymś razem przecież runie, bo w końcu musi...
Nie mogę się z tym zgodzić. Zwycięstwo zależy od obiektywnych okoliczności, a nie od tego ile głów zostanie rozbitych.
Kończąc, chyba rozumiem, że chodzi Panu o propagowanie szlachetności przeciw cynizmowi. Ale widzę niebezpieczeństwo romantycznej drogi, ludzie kierujący się nawet szlachetnymi emocjami mogą zostać łatwo zmanipulowani przez bandę cynicznych łajdaków.
stopniując teorie - nowe, nowsze i bez sensu
Kończąc, chyba rozumiem, że chodzi Panu o propagowanie szlachetności przeciw cynizmowi. Ale widzę niebezpieczeństwo romantycznej drogi, ludzie kierujący się nawet szlachetnymi emocjami mogą zostać łatwo zmanipulowani przez bandę cynicznych łajdaków.
Uparł się Pan definiować moją postawę jako romatyczną... czyli, jak rozumiem, oderwaną od życia. Trudno.... Wiedz Pan jednak, że najłatwiej manipulować ludzmi odwołującymi się do rozumu. W eksperymentach prowadzonych pod kątem podatności na manipulację, najbardziej oporni okazywali się ludzie "wierzący" i z klarownnym systemem wartości, który Pan definiuje jako "romantyczny".
Prawie na zakończenie- opowiada się Pan za cynizmem czy racjonalizmem?
To dwie odrębne kategorie wartościowania.
Czym jest racjonalizm, bez punktów odniesienia jakim jest jednoznaczny system wartości? Cwaniactwem?
Zaczyna Pan lewitować - staje się Pan chorągiewką na wietrze, gdzie interes własny musi stać się jedyną wymierną wartością - reszta to pic na wodzie.
Ojczyzna?- skoro przegrana sprawa i inni na tym robią kasę, dlczego miałbym się wychylać i nastawiać głowy? Znajdzie Pan tysiące logicznych powodów by popłynąć z prądem.
Proponuję uczyć się już niemieckiego aby łatwiej sią asymilować- to podpowiada zdrowy rozsądek.
Może nigdy się nie zrozumiemy, bo dla Pana nie będzie nic w tym złego. Moje złośliwości mają jedynie na celu wyjaskrawienie problemu - oportunizm i cwaniactwo zaczyna rodzić gniew.
Zanim zaczyna się analizę powstań pod zaborami, warto zastanowić się jak do zaborów doszło. Przelewana była krew za sprawą durniów i chciwców, którzy nas wcześniej sprzedali.
Czas Powstania, w czasie okupacji, jest odrębnym problemem - ocena jego nie może sprzyjać oportunistycznemu mędrkowaniu.
Prostych i jednoznacznych zasad nam trzeba a nie relatywizmu cienkich, mędrkujących kolesi, nazywających swoje kombinowanie i oportunizm "racjonalizmem".
Drogą do zrozumienia niech będzie potraktowanie Powstania Warszawskiego i ofiar z krwi, jako nietykalną świętość. Prośmy o mądrzejszych przywódców ale nie dyskredytujmy tego co już się stało .
Co niesie ze sobą, poza nieokreśloną miałkością, Pana postawa? Niebezpieczne jest już samo życie- tym bardziej, godne życie!
Uważam, że ma Pan nazbyt
Uważam, że ma Pan nazbyt emocjonalną ocenę historii.
Stawia Pan nieprawdziwą alternatywę: cwaniactwo i oportunizm albo romantyczny czyn. Uważam, że należy decyzje polityczne trzeba podejmować w oparciu o rachunek zysków i strat.
Pisze Pan, prośmy o mądrzejszych przywódców, a nie uważa Pan, że to my sami powinniśmy zrobić tych mądrzejszych przywódców. Z Nieba do nas nie spłyną.
Godne jest narażanie swojego życia, a nie szafowanie cudzym.
No cóż....
Dalej upiera się Pan przy bezsensownym określeniu "romantyczny" -uproszczonym i nie przystającym do rzeczy. Cwaniactwo i oprtunizm deklarował Pan i rozmówcy. Nie ja więc zawężam skalę do przedstawionej "alternatywy"
......
Godne jest narażanie swojego życia, a nie szafowanie cudzym.
Proszę wybaczyć, ale pisze Pan teraz banały. Nikt temu nie zaprzecza i nie zaprzeczał. Ważne, co kryje się za tymi bananałami i kogo je zadawalają?
Pozdrawiam
Jeśli jest tak jak pan pisze?!
Paweł z Warszawy
To czemu żyjący dzisiaj jeszcze byli powstańcy oddają swoim dowódcom cześć,tak samo zachowują się żyjący jeszcze warszawiacy?!
Warszawiacy nie mają pretensji,ani do rządu londyńskiego ani do
ówczesnych dowódców.
Mają natomiast pretensję do Aliantów,a przede wszystkim do Anglików i Amerykanów.
Nie będę pisał na temat Sowietów ani Niemców bo uważam,że oni nadal nie są naszymi przyjaciółmi i pewnie nigdy nimi nie zostaną.
Rozmawiałem z wieloma warszawiakami,którzy przeżyli okupację,nikt jakoś ze szczególnym zapałem nie pała nienawiścią do rządu londyńskiego,ani ówczesnych dowódców Państwa Podziemnego,mają żal natomiast o to,że w dniach powstania i po nim zostawiano ich na pastwę dwóch śmiertelnych wrogów Niemców i Bolszewików.
Dla wielu warszawiaków trwa nadal okupacja,większość z nich nie może odzyskać swoich domów,działek,bo nadal nad nimi zwisają dekrety stalinowskie,mimo to,że żyjemy podobno w wolnym i suwerennym kraju.Pomysły o oddaniu warszawiakom 15-20% wartości tych nieruchomości,pomysłodawcy tej ustawy mogą sobie włożyć ją w buty.
ocena warszawiaków
Mam inne doświadczenie. Nie wiem, czy jest to przypadek jednostkowy.
To są moje życiowe doświadczenia.
Paweł z Warszawy
Chciałem się z Państwem nimi podzielić,będąc małym dzieckiem rozmawiałem na te tematy ze swoją najbliższą rodziną i znajomymi,ponieważ zawsze interesowała mnie historia i to nie tylko mojej rodziny.
Oczywiście moja ocena jest subiektywna i biorę to pod uwagę.
Natomiast wczoraj widziałem na własne oczy byłych powstańców, którzy składali wieńce pod pomnikiem Bora-Komorowskiego,tak wypadało,zmuszono tych ludzi do tego?!
Wprawdzie sam nigdy nie mieszkałem w Warszawie,
ale u mnie 44 to doświadczenie rodzinne.
Nie zmusi mnie Pan do oceny byłych powstańców.
Bijmy po głowie Piłsudskiego...
...wbrew faktom, bo Piłsudski był zły, a Dmowski dobry.
dwa rózne cytaty
Zacznijmy od tego, że tekst Adama Danka, studenta IV roku politologii, "Obrona sanacji" niedawno czytałem i mnie nie przekonał. Podzielam poglądy wyrażone w polemicznym tekście Konrada Rękasa "Wykorzystać marszałka?"
Krzysztof Kawalec to inna waga gatunkowa. Nie jestem historykiem, więc jeśli chce mi Pan zarzucić publicystyczne uproszenia, z pokorą przyjmuję krytykę.
Skoro jednak mowa o realności koncepcji Józefa Piłsudskiego z podanego cytatu, to trzeba wspomnieć, że wyprawa kijowska mająca reaktywować Ukraińską Republikę Ludową Semena Petlury zakończyła się klęską. Rządy sanacji nie zjednały też serc Ukraińców mieszkających w II RP, co w konsekwencji przyniosło rzezie wołyńskie, podolskie.
Nie trzeba być historykiem by zauważyć...
...podobieństwo obu panów więc jeśli byli winni to razem. Gdyż to co ich realnie różniło to rozłożenie akcentów, styl i geopolityka. Michał Bobrzyński najradykalniejszy realista polityczny był bliższy koncepcji Piłsudskiego.
***
Pora przejść do "menu głównego", czyli do PAX–u. Muszę wprzód wyrazić wdzięczność memu Adwersarzowi, który sam dostarczył mi argumentu za tezą, iż styl uprawiania polityki przez PAX był demoralizujący. Powiada on bowiem: "Po 1945 roku żeby w ogóle coś pożytecznego zrobić, trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania zewnętrzne. Partia narzucała nie tylko ustrój, ale i język, jakim się posługiwano. Dlatego osoby nie wiedzące o tym [czyżby i mnie red. Engelgard uważał za nieświadomego tego faktu? Szanowny Redaktorze, bądźmy poważni; jesteśmy zdaje się mniej więcej rówieśnikami – J.B.], badając np. oficjalne teksty lidera PAX–u – mogą być przerażone używanym przez niego językiem. Ale innego języka nie tolerowano, a poza tym działacze partii innego języka nie rozumieli. Tak się składa, że miałem okazję czytać zapisy nigdy nie wydanych wystąpień Piaseckiego i zapewniam, że lektura to wielce zajmująca [nie wątpię – J.B.]". I dalej następuje wywód na temat "prawdziwych" przekonań szefa PAX–u. Czego nas uczy – zapytajmy zrozumiałym dla członków partii językiem Krótkiego kursu WKP(b) – ów obrończy wywód red. Engelgarda? Otóż, ni mniej ni więcej, tylko tego, że Piasecki i jego pretorianie uprawiali ten proceder, który nazywa się KETMAN. Przedstawiwszy tak szczerze opis obyczajów panujących w PAX–ie, gdzie co innego mówiono publicznie, a co innego w zaufanym gremium wyselekcjonowanych działaczy, p. Engelgard daje następnie zadziwiający dowód braku realizmu psychologicznego, nie dostrzegając żadnych zagrożeń dla psychiki ludzkiej w uprawianiu ketmana. Tak przenikliwie postrzega możność wypaczenia charakterów przez konspirację (co jest oczywiście – jako możność – prawdą), a w życiu przez tyle lat w kłamstwie ani źdźbła niebezpieczeństwa dla duszy nie widzi? A poza tym jest to jaskrawe zaprzeczenie jednemu z fundamentalnych założeń ruchu narodowego u samych jego początków, wyrażonych przez Jana Ludwika Popławskiego, który mawiał, że nie da się uprawiać polityki narodowej szepcząc do ucha 20 milionom ludzi jakie są prawdziwe cele tej polityki. Inna sprawa czy takie konsekwentne – w sensie ścisłego rozgraniczenia poglądów oficjalnych i poglądów faktycznych – uprawianie ketmana jest w ogóle możliwe. Zwłaszcza na dłuższą metę i przez tylu ludzi. Przez PAX przewinęło się przecież co najmniej kilkanaście tysięcy osób, a tylko garstka z nich mogła być i była dopuszczana do konfidencji z szefem. Wydaje się, że znacznie bardziej prawdopodobne i adekwatne do sytuacji byłoby tu Orwellowskie pojęcie "dwójmyślenia", czyli wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. Nie tylko ogólne przesłanki realizmu psychologicznego, ale również empiryczne obserwacje, jakie mogłem poczynić stykając się przecież nie raz z działaczami PAX–u, każą mi sądzić, że typowy PAX–owiec wierzył w możliwość pogodzenia katolickiej "nadbudowy" z socjalistyczną "bazą", jak również w to, że "Polska Ludowa", w sojuszu ze Związkiem Radzieckim w ramach "obozu socjalizmu i pokoju", jest jego ojczyzną. A jeśli nawet nie "wierzył" w sensie ścisłym i głębokim, to faktycznie myślał w tych formułkach, które wydawały mu się realne i niewzruszone jak świat, który go otaczał, chociażby dlatego, że lata indoktrynowania go tą "katolicko–postępową" mantrą nie mogły nie wyrobić zestawu pojęć, w których jedynie był zdolny sformułować swoje myśli. Czy natomiast sam Piasecki wierzył w tę utopię, której rdzeniem była wykoncypowana przez niego myśl o doprowadzeniu do takiego rezultatu ewolucji systemu, w którym zasadą panującą stanie się "wieloświatopoglądowość socjalizmu", a w praktyce – swoista odmiana "systemu dwupartyjnego", w którym władzą wymieniać się będą partia marksistowska i katolicka? Nie wiem, nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, bo nie mogę mieć wglądu w duszę autora tej koncepcji. Myślę jednak, że nie jest możliwe uprawianie długofalowej, poniekąd wizjonerskiej, polityki – a nie wątpię, że Piasecki był typem wizjonera – bez elementu "utopijnego", nie w obiegowym sensie "utopii" jako burzycielskiej, totalnej przebudowy, lecz poważnego i stałego odnoszenia się do horyzontu wytkniętego celu. Poważnego argumentu na rzecz tej tezy upatrywałbym między innymi w treści programowego artykułu Piaseckiego z 1949 roku do "Dziś i Jutro", zdjętego wówczas przez cenzurę, który do druku podany został dopiero, jako archiwalna ciekawostka, w 1993 roku. W konkluzji tego tekstu, będącego zasadniczo "spowiedzią" z popełnionych przez ruch narodowo–radykalny "błędów i wypaczeń", Piasecki pisał: "stajemy na platformie tego, co stanowi największą zasługę i siłę lewicy, na platformie trafnej oceny rzeczywistości polityczno–społecznej narodu i świata" ("Przeżyliśmy swoją przegraną.", "Tygodnik Powszechny" 25/1993, s. 7). Moim zdaniem to stwierdzenie dowodzi – rzecz zresztą w owych czasach nagminna – przyjęcia heglowskiego determinizmu historycznego, przekonania, że komunizm "ma rację", ponieważ zwycięża, a wkrótce zwycięży wszędzie. W tym samym duchu, jeszcze w 1967 roku, a więc wcale nie w okresie najsilniejszej presji ideologicznej, jeden z głównych wykonawców polityki Piaseckiego (Mikołaj Rostworowski) nie wstydził się napisać: "Wszystkie ujęcia tradycyjne ukazują lub niebawem ukażą swoją zupełną nieprzydatność w spotkaniu ze zwycięskim komunizmem" (Słowo o Paxie. 1945 – 1956, Warszawa 1968, s. 5). Nie muszę chyba wyjaśniać, że ten determinizm jest zupełnie nie do pogodzenia ze światopoglądem katolickim, z augustyńską teologią dziejów, której Piasecki był ponoć tak uważnym czytelnikiem. Nie tego też, nie pogodzenia się z "nieuchronnością" dziejowej konieczności, uczono jeszcze kilka lat wcześniej w Konfederacji Narodu. Inaczej wówczas pisał – odpowiadając nihiliście Borowskiemu – Wacław Bojarski: "Choćby miał po nas przemaszerować chamski but kata, choćby wgniótł w ziemię nasze ciała, zniszczył, zgnoił, rozmazał, choćby zmienił naszą, jakże nędzną, broń w kupę złomu – to przecież dla przyszłych pokoleń będzie ten nasz krzyk niezaspokojony, niezadławiony, żarliwy – pragnieniem mocnego dobra. I choćby zawieść miało wszystko, to jedno po nas zostanie na pewno" (Co po nas zostanie, "Sztuka i Naród" 1943, nr 6).
(...)
***
Muszę przyznać, że zawsze zdumiewał mnie brak – już nie powiem "realizmu", bo to słowo nazbyt w tego rodzaju, co i rusz wznawianych, dyskusjach zbanalizowane i zaciemnione – lecz zwyczajnego rozeznania okoliczności u obrońców wszystkich (nie tylko PAX–u) prób kolaboracji podejmowanych w okresie PRL–u. Z jakąś zadziwiającą obojętnością przechodzą oni do porządku dziennego nad bezsensem mechanicznego przenoszenia wypracowanych w epoce porozbiorowej modeli i wzorów uprawiania polityki "ugodowej" do realiów tego, co w najbardziej eufemistyczny sposób nazwać można "cywilizacją komunizmu". Polityka ugodowa, uprawiana głównie przez konserwatystów, ale również umiarkowanych demokratów czy pozytywistów, mogła przynosić, i przynosiła, zależnie od okoliczności, rezultaty lepsze lub gorsze: czasem żadne (jak w zaborze pruskim epoki Capriviego), czasem wręcz wyborne (jak w zaborze austriackim po 1866 roku), czasem bardzo zrazu obiecujące, lecz ostatecznie zaprzepaszczone, także przez błąd samego promotora (polityka Wielopolskiego). O żadnej z tych prób wszelako nie można powiedzieć, by przyniosły one narodowi jakąś poważną szkodę; w najgorszym wypadku bilans wychodził na zero. To, że tak się działo, było wynikiem tego z kim w ówczesnych warunkach próbowano ugody, a także w ramach jakiego ustroju i jakiej cywilizacji. Wielki myśliciel konserwatywny, Marian Zdziechowski, który dopiero po przybyciu (z rodzinnych Kresów) do Galicji przekonał się do takiej polityki, cytował zdanie patriarchy polskiego ziemiaństwa, Jana Popiela: "jeśli ugodę robić – to tylko z monarchą, nigdy z narodem". Dlaczego? Dlatego, że Franciszek Józef I czy Aleksander II jest z natury swojego położenia wolny od irracjonalnych namiętności, które zawsze będą wstrząsać tłumem (także tłumem inteligentów, aspirujących do przewodzenia narodowi). Jest podwójnie oddalony, i od emocji, i od interesów ogólnych lub szczegółowych grup etnicznych, warstw społecznych czy innych środowisk partykularnych: z racji pochodzenia swojej władzy "z góry", a nie z łaski ludu oraz z racji spokojnego patrzenia w przyszłość swego państwa, co do którego ma pewność, że przekaże je swoim następcom. On sam jest tożsamy z interesem całego państwa, więc może rozumnie i sprawiedliwie ważyć interesy wszystkich grup swoich poddanych. Ugoda narodu (podbitego czy uzależnionego) z narodem (dominującym) napotyka, z powodu nieobecności powyższych warunków, przeszkody, jeśli nie w teorii, to w praktyce, nie do przezwyciężenia. Narody tak względem siebie usytuowane mają bowiem zawsze jakieś interesy dokładnie sprzeczne, których jednoczesne dla obu stron zaspokojenie jest wykluczone. Naród, nawet najbardziej "organiczny" i zwarty, ma też zawsze jakieś partie, jakąś większość i mniejszość. Kiedy nawet większość przystanie na jakiś kompromis, mniejszość może go nie zaakceptować, kontestować, w rezultacie doprowadzić do jego zerwania. Problem ulega multiplikacji w demokratycznym i republikańskim państwie narodowym, jako że znika w nim ów autorytet nadrzędny, zdolny wznieść się ponad wszystkie interesy partykularne i zupełnie niezależny od woli, pragnień i emocji tłumu.
Jeżeli możliwość polityki ugodowej tak dramatycznie maleje już przy prostej zmianie jedynie ustroju politycznego, z monarchicznego na republikański i demokratyczny, to cóż powiedzieć, kiedy zachodzi "coś gorszego" (jak słusznie mawiał, tak lekceważąco zbywany przez p. Engelgarda, Józef Mackiewicz) niż okupacja? Kiedy wraz z tą okupacją odbywa się rewolucja nihilizmu totalnego, obliczona na zniszczenie wszystkich fundamentów cywilizacji a wreszcie i destrukcyjnej przemiany samej natury ludzkiej? W najgorszych czasach popowstaniowych zaborcy rosyjski i pruski likwidowali ostatnie odrębne instytucje polityczne, ale jakieś formy samorządu terytorialnego czy stanowego pozostały nawet w guberniach zabużańskich, bo traktowano ich istnienie jako rzecz oczywistą. Germanizatorzy i rusyfikatorzy przełomu wieków XIX i XX mogli zabraniać modlić się po polsku w szkole i bałkat' po polsku na ulicy, ale poza zasięgiem ich wyobraźni było nakazywanie w języku ojczystym ideologicznej nowomowy, mającej zniszczyć adekwatny do rzeczywistości sens wszelkich pojęć. Protestanckie Prusy i schizmatycka Rosja szykanowały na różne sposoby religię i Kościół katolicki, a największą gehennę przechodzili unici, traktowani jako zdrajcy prawosławia, lecz żaden z opresorów nie stawiał sobie za cel główny zupełnego zniszczenia wszelkiej religii i wyplenienia z duszy ludzkiej samej myśli o tej "gorzałce dla ludu". Polskiej szlachcie i innym właścicielom konfiskowano majątki za udział w spiskach i powstaniach (co zresztą było legalne), hakatyści posuwali się aż do wyjątkowych praw wywłaszczeniowych, niemniej nikt nie dążył do zniszczenia "klas posiadających" i własności prywatnej jako takiej; przeciwnie – szlachectwo dawało pewne przywileje nawet na zsyłce. Cenzura literacka czy teatralna czujnie tropiła treści patriotyczne, lecz władza zaborcza nie miała ambicji tworzenia "nowej kultury", również w ujednoliconym stylu. W ostateczności tą w zasadzie nie naruszaną redutą życia narodowego, katolickiego i polskiego obyczaju, sanktuarium, do którego nie wdzierali się nawet Apuchtinowie i Hurkowie, był dom rodzinny. Najazd czerwonych Hunów był przecież tym wszystkim naraz, co w epoce porozbiorowej było nie do pomyślenia. Jeżeli celem, którego nie ukrywali, było totalne zniszczenie religii, Kościoła, "burżuazyjnej" kultury, narodowej tradycji i obyczaju, autonomii elit, całych klas społecznych, własności prywatnej oraz zaprowadzenie utopii będącej dokładnym zaprzeczeniem wszystkich tych wartości i instytucji, to jakiż sens może mieć ugoda, której usprawiedliwieniem jest właśnie ich zachowanie? Mój adwersarz powie być może, że ów maksymalizm ideologiczny słabł stopniowo od 1956 roku, co otwierało pewną swobodę manewru do uprawiania tego typu polityki. Lecz przecież program politycznej i ideologicznej kolaboracji PAX–u sformułowany został – i był uprawiany – w najgorszą noc "stalinowską", po zniszczeniu ostatnich sił oporu czynnego i ostatnich instytucji autonomicznych, po 1948 roku! Czym mogła być – i była faktycznie – podówczas ta kolaboracja, bez względu na intencje i zamiary? Tylko współuczestnictwem w zbrodni zniewalania, wspólnictwem ze śmiertelnym wrogiem. Podwykonawstwem brudnych zleceń Luny Brystygierowej i jej mocodawców w osaczaniu i niszczeniu hierarchów polskiego Kościoła – przy jednoczesnym samooszukiwaniu się, że jest się jakimś "mediatorem" i obrońcą zarazem, który ratuje, co się da. A ta "obrona" to, między innymi, podsunięcie biskupom do podpisu haniebnego dokumentu po aresztowaniu Prymasa Wyszyńskiego, który był de facto tchórzliwym odcięciem się od uwięzionego Arcypasterza. Dlatego szczególny niesmak budzi dziś próba "podpinania się" spadkobierców PAX–u (widać to było na przykład w czasie sprawy abp. Wielgusa) pod dziedzictwo Prymasa Tysiąclecia, jako rzekomych realizatorów jego linii przeciwko modernistom. "Mądrym dla memoriału, a idiotom dla nauki" przypomnijmy więc, co Prymas Wyszyński myślał o PAX–ie: "1. PAX nie jest organizacją o celach kulturalnych, lecz jedynie narzędziem ukrytej propagandy, mającej na celu oczernianie działalności Kościoła w Polsce przez rozpowszechnianie fałszywej propagandy; 2. Ruch ten otrzymuje rozkazy i dyrektywy od partii komunistycznej, od tajnej policji i od Urzędu do Spraw Wyznań; 3. W nagrodę za swoją działalność PAX korzysta z pewnych ułatwień i poparcia, jak na przykład dla swoich publikacji i działalności gospodarczej" (poufny memoriał dla biskupów francuskich z 1964 roku). Nie była to ocena przesadnie surowa. Jeszcze w 1973 roku – czyli w okresie drugiej (gierkowskiej) "odwilży"! – PAX bezwstydnie oferował kierownictwu PZPR swoje usługi w rozbijaniu Kościoła, w zamian za co chciał koncesji na wyłączność polemik z Episkopatem. W memoriale zatytułowanym: Problem Kościoła i katolicyzmu w Polsce Ludowej PAX–owcy wyjaśniali, że "istnieje logiczna zależność między osłabieniem politycznej pozycji Episkopatu a zabezpieczeniem rzeczywistych interesów Kościoła przez wpływ katolików postępowych na politykę państwa". Jak widać, "katolicy postępowi" przyznawali sobie także lepszą od hierarchów znajomość "rzeczywistych interesów Kościoła".
***
Broniąc żarliwie PAX–owskich preceptorów swojej młodości p. Engelgard dopuszcza się niestety kilku niezbyt czystych chwytów erystycznych. Jeden z nich zresztą jest również nieco dziecinny w swojej "przebiegłości". Kiedy bowiem pyta on retorycznie czy w przeciwieństwie do "pseudorealistycznej kolaboracji" PAX–u kolaboracja, którą prowadziły Znak i "Tygodnik Powszechny" była "realistyczna" oraz domaga się ode mnie, bym konsekwentnie potępił i Stefana Kisielewskiego i Aleksandra Bocheńskiego, to zachowuje się trochę jak malec, który przyłapany na jakimś wybryku broni się krzycząc, ze przecież kolega Jasio też tak samo nabroił. Naprzód wyłączmy z tego grona Aleksandra Bocheńskiego, który w tym kontekście znalazł się z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów, jako że jego droga życiowa i polityczna w PRL biegła przecież po tej samej trajektorii, co Piaseckiego i PAX–u. Stosują się zatem do niego wszystkie moje powyższe i poniższe oceny. Co się z kolei tyczy, też indywidualnie, Stefana Kisielewskiego, to będąc z nim dość blisko przez ostatnie kilkanaście lat jego życia, mogę stanowczo zaświadczyć, że swojego epizodu "neopozytywistycznego" i posłowania w Kole "Znak" nie oceniał jako politycznie udanego i przynoszącego mu szczególną chlubę. (Skądinąd uważam, że nie miał też specjalnie czego się wstydzić, acz od kilku wypowiedzi z tego okresu mógł się powstrzymać – choćby od nieprzyjemnego ataku na Józefa Mackiewicza). Odnośnie natomiast do całej tej grupy ("znakowo – tygodnikowej") muszę zaznaczyć, że zawsze – nawet wówczas, gdy (w latach 80.) pisywałem do "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego" – odczuwałem do niej dystans, jeszcze bardziej zresztą z powodów "wewnątrzkatolickich", niż stricte politycznych. Linię polityczną tej grupy też uważam za błędną, a często szkodliwą i dla Kościoła, i dla narodu. Najbardziej zresztą w latach 60., kiedy bruździła przeciwko Prymasowi aż w Rzymie (słynna sprawa Opinii) i próbowała sabotować jego program Wielkiej Nowenny Tysiąclecia. Za ostateczną degrengoladę uważam jej związanie się z "lewicą laicką". Bądźmy jednak sprawiedliwi: pewnego progu kolaboracji z komunistami, w przeciwieństwie do PAX–u, grupa ta nie przekroczyła. Przede wszystkim nie uczyniła tego w owym najgorszym okresie "stalinowskim". Owszem, dawali paskudne często artykuły, również o ów sławetny nekrolog Stalina próbowali najpierw negocjować, niemniej ostatecznie odmówili. Przede wszystkim, nie próbowali w tym okresie "robić polityki", co skądinąd było konsekwencją przyjęcia zaproponowanej przez Stanisława Stommę jeszcze w 1946 roku – też programowo błędnej z katolickiego stanowiska, ale to inna kwestia – strategii "minimalizmu", czyli przesunięcia linii obrony wyłącznie do sfery religijnej i kultury "wysokiej". I jeszcze jedno: trzeba pamiętać, że na początku linie podziału pomiędzy koncesjonowanymi grupami katolickimi nie były tak ostre i wyraźne jak później. Do ich pogłębienia przyczynili się jednak bardziej PAX–owcy, szczególnie "wrogim przejęciem" "Tygodnika Powszechnego". Po 1958 roku ważnym – i właśnie najbardziej lewicowym – segmentem grupy Znaku stała się przecież "Więź", wychowu bądź co bądź PAX–owskiego. Dlatego jeśli wypomina się – i słusznie – Tadeuszowi Mazowieckiemu jego haniebny artykuł o uwięzionym biskupie Kaczmarku, to nieuczciwe jest nie przypominać zarazem, gdzie ów artykuł się ukazał, czyli w PAX–owskim "Wrocławskim Tygodniku Katolików". Moralna odpowiedzialność jest tu zatem podwójna: indywidualna Mazowieckiego i grupowa PAX–u. Drugi nieczysty chwyt to przypisanie mi alternatywy, której wcale nie propagowałem: kolaboracja albo walka zbrojna. Traktuję mego Polemistę poważnie, więc oczekuję tego samego. Jestem przekonany, że red. Engelgard zbyt dobrze zna historię najnowszą Polski, żeby nie wiedzieć, że w 1945 czy 1946 żołnierze podziemia niepodległościowego – nie tylko NSZ – nie mieli innego wyjścia, jak walczyć dalej; alternatywą była właśnie albo wywózka, albo strzał w tył głowy w piwnicach UB, albo przynajmniej długoletnie więzienie. Wszystkie w dobrej wierze podejmowane próby "rozładowania" podziemia kończyły się "amnestyjnym" oszustwem. Jeżeli zatem wyrażam się z najwyższym szacunkiem o bohaterach "polskiej Wandei" tych lat, to oczywiście nie dlatego, iżbym uważał, że należało proponować "umęczonemu narodowi dalszą walkę i III wojnę światową", tylko dlatego po prostu, że tym, którzy spełnili swój żołnierski obowiązek do końca, należy się cześć. Naród, który nie zachowuje w sercu tych, którzy byli wierni ad finem, nie zasługuje na szacunek. Rozumiał to doskonale nie kto inny, jak Prymas Wyszyński, kiedy okazał dezaprobatę dla krytycznego wobec powstańców styczniowych rocznicowego artykułu realisty Stommy. Bynajmniej nie jest to niezgodne z konserwatywną metodą wychowawczą wobec społeczeństwa. Konserwatyści stają się "sikawkowymi" z ochotniczej straży ogniowej wówczas, kiedy głowy są zbyt rozpalone; kiedy jednak społeczeństwo pogrąża się w "małej stabilizacji" i karmione jest szyderstwem z "bohaterszczyzny", kiedy "piecyk z rurą" staje się dla niego całym światem, kiedy nawet traci się świadomość życia w niewoli – wówczas trzeba stawiać za wzór żywoty i czyny bohaterskie, choćby i podejmowane bez najmniejszej nadziei na sukces. Szantażując intelektualnie czytelników fałszywą alternatywą: "realistyczna" kolaboracja albo "szaleńczy" insurekcjonizm, p. Engelgard pomija wymownym milczeniem istnienie trzeciej, pośredniej, drogi, tej, która zresztą okazała się naprawdę skuteczna. To pominięcie jest tym bardziej rażące, że wzorcowy model tej drogi wypracował nie kto inny, jak właśnie ruch narodowy w początkach swojej działalności, w jednoczesnej polemice z polityką ugodową i insurekcyjno–rewolucyjną. Chodzi tu oczywiście o to, co Zygmunt Miłkowski i J.L. Popławski nazywali "obroną czynną" poprzez samoorganizację narodu, wykorzystującą wszystkie istniejące oraz cierpliwie wywalczającą nowe środki obrony i wzmacniania narodu, służące jego przyszłej samoistności państwowej; o to, co współcześnie już prof. Wiesław Chrzanowski nazwał modelem politycznego oddziaływania poprzez upodmiotowienie społeczeństwa, rozbudowę infrastruktury organizacyjnej – przeciwstawnym, z jednej strony, modelowi falowania rewolucyjnego, opartemu o socjotechnikę pobudzania napięć emocjonalnych (uprawianej, od czasu pojawienia się jawnej opozycji, zarówno przez "lewicę laicką", jak nurt neopiłsudczykowski), z drugiej zaś strony, modelowi oddziaływania odgórnego, realizowanemu wyłącznie przez bezpośrednie kontakty z władzą (uprawianemu zatem zarówno przez PAX, jak i Znak, tyle że w różnych wariantach). Przez większą część historii PRL ów trzeci model był wytrwale realizowany przez Prymasa Tysiąclecia, którego program duszpasterski – zarazem religijny i narodowy – skutecznie podtrzymywał, a nawet rozwijał, i więź narodu z religią rzymsko–katolicką, i więź członków samego narodu, chronił przed dezintegracją i atomizacją, przed ateizacją i demoralizacją. Kiedy społeczeństwo było zbyt ospałe i pogodzone z rzeczywistością, a nacisk reżimu się wzmagał, Prymas nie wahał się ostro konfrontować z władzą; kiedy przychodziły momenty kryzysowe, a sytuacja geopolityczna wciąż nie była dojrzała do otwartej kontrrewolucji – wpływał moderująco na wzburzone nastroje społeczne. To był prawdziwy i skuteczny realizm, któremu piasek w szprychy wsypywali zarówno fałszywi "mediatorzy" z PAX–u, jak wybrzydzający na katolicyzm ludowy moderniści ze Znaku i "Więzi". Można tylko żałować, że ów trzeci model w tak wątły sposób zaznaczył się już w świeckiej polityce opozycji lat 1976–89, w tym Solidarności, w której do głosu dochodzili na ogół albo promotorzy falowania rewolucyjnego, albo oddziaływania odgórnego; ich pogodzenie się i sojusz od czasu pierestrojki ściągnął na nas zresztą "okrągły stół" i wszystkie wynikające stąd po dziś dzień problemy.
Red. Engelgard uskarża się na tych działaczy PAX–u, i przez niego wychowanych, którzy poszli później do Solidarności i ugrupowań opozycyjnych, że "wielu z nich pluło na PAX, a bez niego byliby niczym". Nie zauważa jednak, że postępowali w takim razie w zgodzie z naukami realistycznej szkoły, którą w PAX–ie otrzymali. Po śmierci Piaseckiego (1979 r.) i w zmienionych realiach, kiedy pojawili się nowi aktorzy sceny politycznej, PAX był już polityczną kostnicą, anachronizmem bezpożytecznym także dla reżimu, bo zużytym do cna. Pozostał tylko suchy szkielet struktury organizacyjno – terytorialnej (w sam raz do wyłuskania co zdolniejszych jednostek przez innych) oraz holding wydawniczo – gospodarczy, nawiasem mówiąc zupełnie niezdolny, jak każde przedsiębiorstwo socjalistyczne, do funkcjonowania w warunkach rynkowych, co wyszło na jaw po 1989 roku. Co się zaś tyczy "plucia", to przecież owi dezerterzy ze spróchniałej łajby PAX–u nie czynili niczego innego, jak powtarzali kajanie się swych ojców po 1945 roku za faszyzm, antysemityzm i zabijanie partyzantów radzieckich.
cytaty
Wracając do poprzednich cytatów. Jeśli dobrze zrozumiałem, to prezentowane rozumowanie wygląda tak. Celem Dmowskiego była niepodległa Polska. Do roku 1918 było to nierealne. Zatem Dmowski był romantykiem. Otóż nie.
Zresztą trzeba rozróżnić cele długofalowe i cele aktualnie możliwe do osiągnięcia. Innymi słowy mierzenie zamiarów na siły.
3 kolejne cytaty dotyczą z grubsza porównania Dmowskiego i Piaseckiego.
Ogólniejszy charakter ma myśl:
która świadczy, że prof. Bartyzel jest romantykiem;)
A poważniej, prof. Bartyzel przesadza we wnioskach końcowych. Gdy społeczeństwo traci tożsamość narodową, trzeba ją pobudzać, ale z tego nie wynika, że żywoty i czyny bohaterskie, choćby i podejmowane bez najmniejszej nadziei na sukces mają być wzorem postępowania. Nawiasem mówiąc, prof. Bartyzel bardzo sprytnie to sformułował tak, jakby tam była implikacja.
Nie jestem przeciw upamiętnieniu historii. Chodzi to to, by ukazywać ją obiektywnie, aby nie powtarzać działań nie dających nadziei na sukces.
To były zupełnie inne czasy
Decyzja o wybuchu Powstania podejmowana była w zupełnie innych okolicznościach niż dzisiejsze podobnie jak zupełnie inni byli ludzie , którzy ją podejmowali. To byli ludzie dla , których Bóg, Honor ,Ojczyzna to nie były puste słowa lecz wartości dla , których można było poświęcić życie. Dyskutanci na prawicy.net ze swoim dystansem do tych wydarzeń nie potrafią wykazać nawet odrobiny empatii.
To bardzo łatwo z perspektywy czasu osądzać innych , a przecież jakże często sami mylimy się w ocenie codziennych zdarzeń , które po czasie wyglądają zupełnie inaczej; kiedy mamy większą wiedzę , bo przecież nigdy nie pełną , co do ich uwarunkowań. Podobnie przywódcy powstania nie dysponowali pełną wiedzą na temat ich sytuacji.
Jeden potworny wróg Niemcy , po wykrwawieniu Polski odchodził a nadchodził drugi , może jeszcze bardziej potworny , co do , którego zamiarów nie mieli najmniejszych wątpliwości. Jakie było inne wyjście niż walka i przywitanie sowietów w wyzwolonej ojczyźnie przez legalny rząd. Co wtedy zrobili by sowieci ? Zupełnie inna była by ocena ich działań w Polsce , niezależnie od Teheranu.
Podobnie jak sugerowanie , że żołnierze mieli wątpliwości co celowości Powstania. Na pewno nie mieli ich żołnierze , nie mieli jej warszawiacy. Wszyscy chcieli walczyć i nie ma to nic wspólnego z dylematem pomiędzy romantyzmem a rozsądkiem.
Cześć pamięci bohaterów Powstania !
andynie