Greenwich Village

Do Mabel dała mi kontakt Zula w Paryżu, żona pianisty, który grał tu w Greenwich Village. Mabel bystra, siedzi w trendach, koniecznie musisz poznać, zachwalała. Z trenadami miała rację, że uuu. Już pierwsza wyprawa z Mabel w Miasto wprowadziła mnie w cyklonowe oko jednego z nich.

Po paru zapoznawczych telefonach Mabel dzwoni, czy nie chciałbym pójść z nią jutro na premierę filmu. Pewnie. Premiera jest w Greenwich Village, na Christopher Street. Kino nieduże, tytuł filmu "Party Glances". "Imprezowe obadywanie", translując z grubsza. Tłumek przed kinem jakiś taki, ale to pierwsze tygodnie mojego Nowego Jorku, nie chwytam. Film okazuje się knotem, packaniną bez sprytu ni w dialogu, ni w akcji, no bywa. Po paru tygodniach zostaje mi w pamięci tylko jedna scena, ale jaka.

Wbiega dwóch młodych aparatów do sypialni, jeden pada frontem na łóżko, drugi bęc czworakiem na nim. Widać z ubioru, że joggowali, podpoceni, dresy, grube skarpety. Ten co drugi padł zaczyna temu co pierwszy wtykać język w ucho i równocześnie dużymi palcami od nóg ściągać swoje, potem tamtego skarpetki. Następnie udaje się tymi palcami wyżej.

Rzyganko. Normalnie przecież odpycha nas od ludzkich ciał, a dopiero jak kobieta ci się podoba, w wypadku mężczyzny, to ta niechęć jest przezwyciężana atrakcją. No i w rodzinie, kiedy jest więź między rodzicami, rodzicami i dziećmi, rodzeństwem, to się łagodzi. Niektórymi kuzynami, prawdopodobnie bo bliżsi genetycznie. Ale już między najlepszymi przyjaciółmi nawet, choć duchowo może być sztama, ściślejsza niż w rodzinie, to jednak ciała jak za blisko się znajdą, robi się nieprzyjemnie. Pot poczujesz, coś jeszcze gorszego.

A tu w kinie, gdzie normalnie przyzwyczajeni jesteśmy utożsamiać się z bohaterami, ci bohaterowie to dwa ludzkie samce wpychające sobie w uszy zaślinione partie ust i oplątujące się kosmatymi łydkami. Jak ktoś nie jest homoseksualistą, to jasne, że go będzie takie mieszanie płynów fizjologicznych na ekranie odstręczać. Chcesz czy nie chcesz, taka będzie reakcja.

W pierwszych momentach mogłem policzyć plecami ilość guzów w oparciu sparciałego kinowego krzesła, tak się odchylałem, nie chcąc zostać spryskany śliną, czy czymś gorszym jeszcze, nawet w wyobraźni. I czułem się w tej reakcji dobrze, sygnał mi szedł od środka, milionów lat ewolucji, że w porządku ze mną się dzieje, popierał mnie. Większość widowni jednak nie tylko, że siedziała prosto, ale jeszcze wychylała się w momentach, wciągało ją. To prawdopodobnie są homoseksualiści, no i lesbijki, które też w tej walce mają swojego psa, wywnioskowałem po niezbyt ciężkiej pracy umysłu.

Taką też zrobiłem uwagę, kiedy po premierze wstąpiliśmy z Mabel do baru na drinka. Że to kino dla lesbijek i homoseksualistów. Ja nie jestem lesbijką, oświadczyła Mabel. Oczywiście, ucieszyłem się.

To było na początku 1983. Parę lat później, wiosną 1986, poszedłem na otwarcie "Pop Shopu" Keitha Haringa w SoHo. Nie znałem Haringa, ale widywałem go u nas w East Village w restauracji “Iso” z dużo młodszymi chłopcami, jak im stawiał sushi. Ostatni raz go zobaczę w 1989 przy Bleecker na Broadwayu, jak będzie szedł w górę miasta chudy jak patyk w zimowym kożuszku w środku lata. Pół roku później AIDS go zwali.

Wybrałem się na otwarcie "Pop Shopu", bo to był najciekawszy opening w tygodniu. Przynajmniej dwa, trzy takie się tygodniowo zaliczało, jeśli się żyło w East Village. Czasem pięć-sześć w jeden piątek. No i, choć w tym czasie miałem już z grubsza uporządkowany problem dewiacji seksualnych, zawsze byłem gotowy dodać jakiś dodatkowy ślad, poszlakę, wskazującą na źródło tej tak bezprecedensowej w naszej histori sprawności niepełnosprawnego Erosa w dekompozycji kultury ludzi normalnych.

No i Mabel tam była, oczywiście. Po imprezie poszliśmy na kawę na MacDougal. Przeszliśmy obok Davida Byrne'a z The Talking Heads, siedzącego przy stoliku na chodniku nad muszelką espresso. Byrne'a często można było spotkać w okolicy, miał loft w SoHo. Jego i The Talking Heads muzyka była oczko za inteligentna dla masowego idolatra, więc na chodnikach nie wywoływał zbytnich korków.

- Pamiętasz, jak zaciągnęłaś mnie na początku Nowego Jorku na tamtą premierę homoseksualną, "Party Glances"? - zebrało mi się na wspomnienie, kiedy upiliśmy kawy.

- Coś było - Mabel.

Dla niej to była jedna z długiego łańcuszka takich imprez, oczywiście. Dla mnie pierwszy kontakt z cyklonowym okiem jednego z nowojorskich trendów, takie rzeczy łatwo nie wylatują z pamięci.

- Wiesz, muszę ci powiedzieć, że po kilku latach tutaj znalazłem chyba dobrą syntezę problemu. Bo pamiętasz, nie bardzo zgodziliśmy się wtedy po premierze...

- Coś pamiętam. No, co ci się zsyntetyzowało? - Mabel ironicznie, zręcznie zresztą, bo na milion sposobów można to wyrazić tonem głosu.

Ona zawsze tak, kiedy między nami pojawiał się problem. Ale to w porządku właśnie, bo wtedy unosił się taki zakapior w powietrze i można było go podbijać jak piłkę, zamiast przepychać jak upartego wołka, jak to robią intelektualiści.

- Zsyntetyzowało mi się... Słuchaj. Latem zeszłego roku pojechałem w Labor Day weekend na Wyspy Naparstkowe. Znajomi mieli tam letni domek. Wiesz, u wybrzeży Connecticut...

Przytakuje powiekami.

- Pojechałem i ci znajomi od kilku lat tam siedzą, znają ludzi. Znajomi to mężczyzna i kobieta, małżeństwo. Ale w sobotę w południe zjechała do nas para w drodze z zakupów i zaprosiła pod wieczór na drinka. Ta para to byli facet i facet. Więc pod wieczór jedziemy do nich, pobieramy drinki, na zadaszonej werandzie, bo pada, kapuśniak taki, mgła. Wybrzeże Connecticut, rozumiesz...

Kiwa powiekami. Wie, że będzie atak.

- Ja siedzę na sofie wiklinowej z Charlesem, młodszym, koło czterdziestki. Starszy, Victor, z sześćdziesiąt, manager linii loniczych na emeryturze, kręci się w drugim rogu przy ławce z moimi znajomymi. Siąpiło, jak mówię, mgła jak mleko, taka pogoda człowieka zwalnia, byłem w nastroju. I Charles, co ze mną siedzi, w pewnym momencie, że czemu jestem smutny. At, pogoda, mówię, niech ją drzwi skopią, splinowa. On na to pokręca się trochę w jego rogu sofy i głosem słodkim jak czekolada: To może przynieść mam skrzypce i zagrać ci na nich? I kiedy poruszył się on na tej sofie, to musiał uwolnić poważną poduszkę gazu trawiennego, szczególnie złośliwą kombinację w tym wypadku, gdyż w pół minuty zrobiło się nie do wytrzymania na wiklinowej sofie, i generalnie w całym naszym rogu werandy. Dobrze byłoby gdyby ich pies, Phil się nazywał, kręcił się w tym czasie w pobliżu, to zawsze na niego możnaby zwalić, mniejsze socjalne zażenowanie przez samo włączenie takiej możliwości. Ale Phil rozwalał się pod ławką na drugim końcu werandy, stanowczo za daleko. Podsumowując, można zrozumieć co się stało od strony fizjologicznej, mnie też się zdarza, jak mi się kobieta czasami podoba i usiądę obok, czy stanę blisko, to z wrażenia ściśnie mnie w kiszkach. Ale widzisz, Mabel, ja panuję nad...

- To co, powinni żyć w pojedynkę, w samotności, skoro to ich kondycja?! - Mabel z lekką agresją.

Tu chcę powiedzieć, że zgadzam się, że dobra literatura powinna mieć jednak poziom, smak, trzymać dystans od takich obszarów jak dosłowność fizjologiczna, ludyzm gastryczny, że się tak wyrażę. Że Rabelais był raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę, i tego typu energia nie daje się użyć w sztuce częściej niż raz na cykl cywilizacyjny. Coś jak odzyskiwanie ostatniej tony stali z hałdy szlaki. I jak sprawdzić w moich wpisach dotąd na blogu, to nic nawet w przybliżeniu tak prostacko fizjologicznego w nich nie ma, jak z to Charlesem wyżej. I nie będzie, z dużą dozą pewności mogę powiedzieć.

Ale w wypadku homoseksualizmu... No cóż, ów atakujący wrażliwość normalnie skonstruowanego fizycznie i psychicznie człowieka fizjologiczny aspekt zaspokajania homoseksualnej żądzy nigdy właściwie nie daje się wymazać z kontekstu. W rezultacie kilkudziesięcioletniego już "odwrażliwiania" nas, indoktrynacji, prania mózgów przez kulturowy marksizm, odbywać się to może poza formą świadomości. Ale to ciągle tam jest, jak boja, która wyskoczy na powierzchnię zaraz jak przestaniemy ją naciskać. Według mnie, kiedy nacisk kulturowego marksizmu osłabnie, kiedy zostanie on zepchnięty przez nas do przedśmiertnej defensywy, stłumiona do tej pory wola i wrażliwość większości normalnych ludzi skrzyknie się w kolektywny odruch i odbije sobie wreszcie na "stanie homoseksualnym" i pokrewnych dewiacjach. Biedacy ucierpią aż do powszechego ostracyzmu włącznie, w rezultacie przejściowego odreagowania. A głównym motorem tego odruchu będzie to właśnie rozdrażnianie naszej wrażliwości, rozjątrzanie nas przez implikację, lub wprost nawet, odstręczającą, nienaturalną fizjologiczną funkcją, którą wyżej dość dobitnie zasugerowałem. Jak powiedział jeden z - nielicznych niestety - amerykańskich intelektualistów pierwszej marki zwalczających marksizm kulturowy otwarcie : Problem homoseksualizmu to nie jest problem praw człowieka, to problem higieny.

I do Mabel powiedziałem podobnie: Słuchaj, niech sobie żyją w niepojedynkę, jak im tak jest i inaczej nie mogą. Tolerancja za dyskrecję, ta wypróbowana praktyka wszystkich w zasadzie społeczności, z wyjątkiem okresów schyłkowych wielkich kultur. Wy nam nie rozwalacie wspólnot, my wam nie włazimy do sypialń. Eros to potęga. Ma swoje dno i on, ale to potęga, wszyscy wiemy. Agent życia gatunku. W normalnym wypadkach. No i właśnie, normalnych. Zobaczysz, ludzie jeszcze skrzykną się w kolektywny odruch i odbiją sobie wreszcie na "stanie homoseksualnym" i pokrewnych dewiacjach za lata tłumienia naturalnego odruchu niechęci, który wypływa z najżywotniejszego, bezwzględnie podtrzymującego w nas życie centrum. Przyjdzie jeszcze powszechny ostracyzm, w rezultacie przejściowego odreagowania. Chyba... Że zacząć ludzi w tym celu specjalnie hodować? Wiesz, jak psy selekcjonować, otrzymując w rezultacie takie, co skóry na pysku mają kilka razy więcej niż trzeba, czy uszy im się wloką jak ogony po podłodze? Chcesz wyhodowac takiego człowieka, Mabel? Eugenika, o to ci chodzi? Wtedy w ogóle przestaniemy się rozmnażać, bez takich naturalnych odruchów obronnych jako wspólnota. Jakie inne jeszcze impulsy obronne z naszej wspólnoty chcesz nam wyeliminować? Mabel?...

Szybko dopiła kawę i przekręciła do góry dnem filiżankę. Więcej nie udało mi się tego wieczoru jej zdeprogramować. No trudno. Zapłaciliśmy.

Wstaliśmy od stolika, ja i córka właściciela klubu jazzowego Village Vanguard, przeszliśmy obok stolika z Davidem Byrne'm, nad którym pochylał się teraz jakiś fan przynudzając wyraźnie, i tak sobie wtedy ni z tego ni z owego pomyślałem: W ostatecznym podsumowaniu rock jest regresywny.


Tadeusz Korzeniewski
Inne teksty autora...

"Ale widzisz, Mabel, ja panuję nad..."

cytat:
I kiedy poruszył się on na tej sofie, to musiał uwolnić poważną poduszkę gazu
Nawet w tak trudnej sytuacji należy dostrzec - i docenić - jej pozytywne strony: dobrze, że Karol akurat tego dnia nie miał rozwolnienia...

Na relaks

proponuję trochę innej rozrywki.

To jest: Prawicowiec

Oto przykład muzycznej

tragedii. W dodatku dwukrotnie dłuższej niż idzie wytrzymać.

swojską

wolał by pan bawarską śpiewkę?

To jest: Prawicowiec

Dlaczego bawarską?

-

No, ten romantyzm, uniesienie i delikatność

zapewne.. ;)

To jest: Prawicowiec

Tekst p. Korzeniewskiego

jest tak doskonały, że można jedynie wyrazić podziw. Jednego tylko nie rozumiem: dlaczego „W ostatecznym podsumowaniu rock jest regresywny.”

impresje z klimatem

cytuję Prawicowiec:
jest tak doskonały, że można jedynie wyrazić podziw.

Rzeczywiście, doskonałe impresje z klimatem. Nawet te charakterystyczne dłużyzny zdają się pełnić swoją rolę - wzmagają napięcie nerwowe u czytelnika :)

cytuję Prawicowiec:
Jednego tylko nie rozumiem: dlaczego „W ostatecznym podsumowaniu rock jest regresywny.”

Też mnie to zafrapowało. Stawiam, że za definicją...

"Podstawowym założeniem i ambicją rocka progresywnego było podniesienie muzyki rockowej na wyższy poziom artystyczny i udowodnienie, iż może dorównać muzyce klasycznej i współczesnej. Bardzo często utwory progresywnego rocka są bardzo złożone i wyrafinowane, a wykonanie cechuje się wirtuozerią."

To jest: Prawicowiec

Rock & Roll

Dziękuję za definicję. Rzeczywiście, już od lat 60. widać w muzyce rockowej pojawianie się pretensjonalnych, kiczowatych utworów pseudorockowych o zadęciu symfoniczmym, od których zionie nudą. Nie brak też artystowskich interpretacji starych dobrych kawałków.

Zgadzam się z Panem i p. Korzeniewskim: dobry rock jest regresywny.

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.