Wydarzenia
Publikuj na PNTeraz czytaneZaloguj sięPrace Prawicy.net |
Portret rewolucjonisty
Autor: Tadeusz Korzeniewski, sob, 11/10/2008 - 17:08
Ten fragment mojego opowiadania "W Polsce" opublikowanego w "Zapisie" nr 5 w 1978 r. dedykuję dziś dziennikarzom w kraju, żeby nie mieli takiego cykora przed pisaniem prawdy. TK W uroczych zaułkach uroczego Starego Miasta wśród wielu uroczych kamieniczek znajduje się kamieniczka wcale nie więcej urocza niż inne. Mieści się w niej organ Socjalistycznego Związku Literatów Polskich (SZLP), lokal gastronomiczny "Literatka". Lokal ten dzieli się z grubsza na dwa poziomy. Na poziomie - by tak rzec - zasadniczym, znajduje się duża przestronna sala, stylowo i z kulturą wyposażona, w głębi sali alkoholowy barek, na sali dużo, dużo stolików i biegają kelnerzy. Pachnie. Tu zbierają się członkowie SZLP i dymają te swoje synekurki. Piętro niżej natomiast pomieszczenie już bardziej rewolucyjne. To co kiedyś było piwnicą przerobiono na suterynę, a suterynę na kawiarnię - dla członków Socjalistycznego Koła Młodych (SKM) przy SZLP. Kawiarenka przytulna, foteliki, kanapy, siedziołki, dwa knoty i zabytkowa lampa, kominek i bar, i jest całkiem przyjemnie, po co zaraz strzelać, lepiej porozmawiajmy, nie? Na górze nic ciekawego. Jedzą spokojnie, grzecznie, łokcie przy sobie, plecki wyprostowane jak u dumnego prometeusza, buźki w stroskany obywatelski ciup. Nabrali już dobrych manier przez te trzydzieści parę lat. Owszem, nie powiem, nawet w najlepszej rodzinie się zdarzy, czasem ktoś zrobi minę... albo rozlegnie się chichot... albo coś mlaśnie, jakby ktoś komuś za coś po coś w coś... Ale to betka. Margines. Demokracja. Nad wszystkim i tak góruje z centralnego punktu, w powodzi zgłupiałych biało-czerwonych goździków, w pozłocie łysawej czaszki - popiersie św. Cenzury. Na dole trochę inaczej. Ale tak samo. Zbiorą się raz na tydzień, zamówią kogoś, on mówi... mówi... mówi... A oni patrzą jemu na buty... na koszulę... na krawat... Kiedy już się napatrzą, następnym razem zamawiają kogoś bardziej. Wtedy pojawia się łazik w trampkach i opowiada, że poetom należy się wszędzie, na całym świecie, spanie i micha za darmo. No łazik, łazik, łazić to można w wakacje, a studia przecież rzecz najważniejsza. To co robić? Co by tu zrobić? No co, ja napisałem już prawie 100 wierszy. Eee, a ja pod 150! A ja 80... Pytają Opiekuna Koła z ramienia SZLP, co robić? No jak to co, wydawać, wydawać, zachęca Opiekun, prędzej wydasz, prędzej do Związku cię przyjmą. Więc idzie delegacja do Wydziału Kultury, że oni, członkowie SKM, chcą tomiki poetyckie wydawać. Ależ prosimy, jak najbardziej, kultura, socjalizm, społeczeństwo, nasze państwo, w pierwszym rzędzie. I właśnie tu, z tego paragrafu, mamy akurat siedemset tysięcy, bierzcie, bo to już koniec roku ekonomicznego i jak nie wydamy, to nam na drugi rok obetną, bierzcie, bierzcie, jak najbardziej, kulturę zawsze dofinansujemy. No to ci z SKM znowu w lament, że oni tylko cztery tomiki uzbierali, więcej nie wycisną... A co to szkodzi, nic nie szkodzi, pocieszają ci z kultury, to te pozostałe trzysta tysięcy gdzie indziej zaparkujemy, zjazd się jakiś zrobi, czy jubileusz. No to dziękujemy, do widzenia. Do widzenia, do widzenia. Potem tomiki poszły do ocenzurowania. Tam je smakowali, ślinili, pluli, pocierali, oglądali pod światło, wstawiali do rentgena - na koniec włożyli papierek lakmusowy. A kiedy i to nic nie wykazało, cenzorzy wszystkich delegatur orzekli wspólnie: ZGODA. Nie ma tu nic, co by godziło, uderzało, lub nawiązywało. A nawet przeciwnie, wszystko tu akurat nie godzi, nie uderza i nie nawiązuje, brzmiało orzeczenie na cenzorskim stemplu. Tak że b. pochlebnie. Z drukiem nie było już tyle kłopotu. Nie minęły trzy lata i ukazał się pierwszy tomik. Jego autor jest bohaterem dzisiejszego wieczoru. Siedzi przy tzw. oficjalnym stole, pali fajkę (od miesiąca) i spogląda odpowiedzialnie jak nigdy dokoła. Znaczy odbędzie się wieczór autorski. W sali prawie komplet, zebrali się wszyscy członkowie SKM, plus kilku kandydatów, powoli robi się duszno i chce się człowiekowi pić. Kelnerki nie widać. Po jakimś czasie trzymania pragnienia za twarz jeden z siedzących, Sekretarz Koła, udaje się na zaplecze. Wraca po minucie, triumfalna mina i głośno obwieszcza: - Zaraz przyjdzie kelnerka, skończą tylko pić z bufetową kawę. O fajnie, ucieszyli się wszyscy, niedługo napijemy się ciepłej kokakoli. W tej chwili zjawia się w kawiarni Opiekun. Ale coś zaaferowany. Odciąga Przewodniczącego na bok i przeprowadza z nim cichą rozmowę. Przewodniczący od czasu do czasu potakuje głową (wszyscy Przewodniczący kiwają głową w jednym kierunku), w końcu bierze od Opiekuna jakiś papier, coś szepce do ucha Sekretarzowi, zasiada przy oficjalnym stole i głośno prosi o ciszę. Jazgot młodych poetów powoli siada. - Witam was, koledzy, serdecznie na kolejnym spotkaniu członków i sympatyków naszego SKM imienia W.I. Lenina - zaczął Przewodniczący. - Dziś, oczywiście, mamy wieczór autorski Łukasza i zaraz oddamy mu głos. Na wstępie chciałbym tylko dwie sprawy. Więc po pierwsze... Koledzy, słuchajcie, musimy uchwalić rezolucję... Sprawa jest ogólnie znana i myśmy tu już tekst przygotowali. Więc czytam: "My, członkowie Socjalistycznego Koła Młodych imieniem Włodzimierza Iljicza Lenina przy Socjalistycznym Związku Literatów Polskich, domagamy się ukrócenia samowoli nieodpowiedzialnego elementu intelektualnego w naszym kraju. Żądamy kategorycznego zapobieżenia dystrybucji nieopodatkowanej twórczości literackiej, zwanej również twórczością podziemną alias wolnowałkową. Nieskodyfikowana ta ekspresja literacka stanowi istotne zagrożenie dla jedności i jednorodności socjalistycznego frontu literackiego. Pojawienie się prywatnego sektora gospodarki artystycznej może sprowadzić na manowce część zdrowych ale jeszcze niedostatecznie prężnych ideowo sił twórczych naszego socjalistycznego społeczeństwa. Burżuazyjnej bandzie chronicznie niezadowolonych literackich bankrutów i graczy mówimy nasze socjalistyczne: NIE! Domagamy się środków radykalnych i natychmiastowych, póki jeszcze wszystko kupy się trzyma. Jednocześnie, w tej kolejnej krytycznej chwili, pragniemy zapewnić Was, Towarzyszu Pierwszy Sekretarzu, a za Waszym pośrednictwem cały nasz socjalistyczny naród, o naszym całkowitym poparciu dla waszej polityki tak wewnętrznej, jak zewnętrznej, pragniemy również podkreślić, że nasz braterski sojusz ze Związkiem Radzieckim jest gwarantem. Członkowie Socjalistycznego Koła Młodych przy Socjalistycznym Związku Literatów Polskich zawsze z Partią!" W tym momencie Przewodniczący, Sekretarz, Opiekun i autor świeżo wydanego tomiku, Łukasz, odbyli oklaski. Potem zapadła cisza. A teraz pewnie każą podpisywać - myślą spode łba członkowie SKM. Ale zaraz wszystkim zrobiło się lżej, bo oto Przewodniczący ogłosił: "Przyjęte przez aklamacje" i wpakował dokument do szarej koperty. W tejże chwili na schodach pojawił się doręczyciel. Zbiegł szybko, chwycił ze stołu kopertę, dorzucił do pliku takich samych w torbie i nawet nie mówiąc "cześć pracy", pobiegł zbierać dalej. Prasy drukarskie czekały... - A teraz druga sprawa - zabiera znów głos Przewodniczący. - Odczytam pismo, jakie do nas wpłynęło z Zarządu Głównego... Zarząd Główny Socjalistycznego Związku Literatów Polskich, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i Towarzystwo Przyjaźni Radziecko-Polskiej ogłaszają konkurs otwarty na opowiadanie lub wiersz - w socjalistycznym języku rosyjskim. Przewidziane liczne nagrody. Samowar z Tuły, przejażdżka Pociągiem Przyjaźni, oraz, i tu uwaga, dwutygodniowy wyjazd na Wielką Socjalistyczną Olimpiadę Moskiewską w 1980 roku. Rozstrzygnięcie konkursu, etc... Ja to wszystko wywieszę w Związku, koledzy, to się dokładniej zapoznacie. A teraz oddajemy głos Łukaszowi. Prosimy, Łukasz. Łykasz pyknął z fajki, otworzył cieniutki kajecik zwany też górnie książką poetycką, i już, już zamierzał otworzyć usta charakterem wstępu, kiedy nagle dał się słyszeć okropny rumor, jazgot, krzyk, wrzask, tupotanie - i po chwili po schodach wiodących do naszej przytulnej kawiarenki w wielkim pisku wbiegła jakaś biała postać z patelnią w ręku. I skryła się za filarem. Po chwili z takim samym rumorem wbiegła druga postać podobna, tylko z wiadrem zamiast patelni. Ta chwilę się rozglądała, a kiedy wypatrzyła, lu, wylała ten kubeł wody na postać pierwszą. Pierwsza wrzeszczy, druga pęka ze śmiechu, a jeden z młodych, widać do końca jeszcze nie podtruty, no wziął go normalnie i szlag trafił!... Spokojnie, spokojnie, przybastowuje go Opiekun, uspokaja, sadza, wyjaśnia że pozwólmy, nie należy się dziwić, wielowiekowe obywatelskie zaległości, nowe warstwy społeczne, etc. Że kucharki z góry, krótko mówiąc, dla zabicia czasu leją sie wodą. Taki śmigus-dyngus, święto ludowe, folklor w zakładach pracy. Po chwili, łaska boska, już się oblały i Łukasz mógł przystąpić do odczytywania. Jak zwykle na takich wieczorach, najpierw ktoś czyta swoje, a potem się dyskutuje, czyli wypowiada to, co się ostatnio pomyślało w związku z zupełnie czymś innym. W utworze pierwszym Poeta głośno obwieścił swoje zniechęcenie światem. W udatnych słowach jasno pokazał jego nierozum i inercję, która Poetę, człowieka, jednostkę, czyni niewspółmierną "pacynką w glinowisku niespełnionych nadziei". W finale Poeta wyciągnął przed siebie dłoń i poszukał drogi "w przedłużeniu palców". W utworze drugim chodziło o to samo, tylko zamiast palców była "igła magnetyczna ręki". W trzecim, dobrze filologicznie wyszkolony, posługując się z dużą kulturą obscenizmami, opisał autor samotność intymną. "Gdy północ baczność wybiła", wszedł w nastrój, ale zaraz potem usłyszał krzyk "ich nienarodzonego". Poeta zapewne tu protestuje przeciwko usuwaniu ciązy. A wcale by nie musiał ślęczeć nad wierszami po nocach, gdyby korzystał z Poradni Świadomego Macierzyństwa. W wierszu kolejnym znowu chodziło Poecie o dłonie. Tym razem na ich "krawędziach wyciągniętych w przestrzeń" odbywał rodzaj anamnetycznego odpoznania siebie. Całkiem udatne, i rytm, i metafora. Nastąpiły kolejne utwory, w niczym nie ustępujące pierwszym. Przy wierszu siedemnastym rozległ się nieoczekiwany łomot... Gdzieś od dołu chyba?! Członkowie SKM-u, wychowani od dziecka w duchu obywatelskiej pomocy, szybko odsunęli sznurkowy chodnik. Patrzą, a tam w podłodze drzwi, a w drzwiach szpara, taka szczelina na listy. A w szczelinie... kartka. Zwykła kartka papieru, zapisana maszynowym pismem. Może nawet przebitka. Zaraz to pochwycili i już do tekstu zaglądają, ale szeroka, dobrze odżywiona postać Opiekuna szybkim wytrenowanym ruchem wydarła im z rąk tę... ten... Opiekun zaglądnął i orzekł, "Nic ciekawego, wracamy do przerwanego tematu". Ale nic podobnego. Część członków zdążyła już przeczytać tytuł "Portret rewolucjonisty" i odezwały się głosy domagające się zaznajomienia ogółu z treścią. Poeta na skinienie Opiekuna zaczął już odczytywać wiersz osiemnasty, ale szum i brum członków Koła nie ustawały, jak po niesłusznym werdykcie w boksie. W końcu podniosły się głosy "Czytać! Czytać!", objawiając nie zgaszony jeszcze dokumentnie apetyt młodych. Opiekun uspokaja, mówi że po wieczorze autorskim, że nic ważnego, przedyskutować najpierw trzeba... Nic z tego. Krzyk. Apetyt. Coraz większy krzyk. Coraz większy apetyt. Jeszcze chwila a rozdmucha się wiecowisko. Rezolucję może uchwalą, zaczną zbierać podpisy, nie da rady odebrać, dowie się zagranica i co! Opiekun w kropce, ale myśli, jakoś tam tym w POPie wytłumaczę. Ustąpił. Papier wziął któryś z chłopaków i czyta: Rewolucjonista naszych czasów wstał rano głodny jak pies. Rodzina go się wyrzekła, bo położył lagę na ogólnie dostępne studia. Prozy drukować wydawnictwa nie chcą, albo mają pietra. Roboty chwilowo brak. Poszperał w kieszeniach wyświechtanych portek, wyciągnął dwa sporty i cztery złote. W pierwszej kolejności wypalił pod rząd obydwa papierosy, oddając się ckliwym marzeniom o prawdziwej demokracji. Po tym, niezwykle intensywnym akcie świadomości, uznał, że warto byłoby coś zjeść. Rzecz jasna, nasunął mu się bez wyjścia jedyny w dzielnicy bar mleczny "Obywatelski", gdzie też bezzwłocznie pospieszył i zamówił talerz zupy mlecznej. Do bani ta zupa. Mleko prześwituje. Makaron występuje, owszem, w charakterze gumowego gniota. Gorąca to chyba nigdy nie była. I jedz taką. Żryj. Ale co, trzeba jakoś żyć. Więc wiosłuje. Wiosłuje, wiosłuje... Za piątym czy szóstym razem zobaczył w łyżce małą czarną kuleczkę. Strącił ją machinalnie na brzeg talerza i wiosłuje dalej. Nie zdążył jeszcze połknąć trzech kolejnych łyżek, a tu znowu czarna kuleczka. Po chwili znowu. Przedziwnym w tym kraju trafem mózg naszego bohatera funkcjonował jeszcze normalnie. Powiedział, "Co jest, żarty żartami, do trzech razy sztuka, trzy sztuki wyglądają mi na regularność, przebadać!" I podniósł oczy, tym razem już aktem woli, na trzy obok siebie leżące drobiny. Skupienie.....pobór wrażeń wzrokowych się zwiększa.....obraz drobin uzyskuje połączenie z ugrupowaniami pamięciowymi i dyskursywnymi mózgu... Wytrąca się supozycja: rozdłubać. Następuje nieskomplikowana korelacja manualna, bohater rozciska łyżką jedną z drobin na brzegu talerza. Ta analiza już wystarczyła. Mózg krótko stwierdził "mysie gówno"... I nasz bohater się poderwał! Co, mysie gówno, mysim gównem będziecie karmić człowieka, ja wam dam mysie gówno! (Reakcja najzupełniej prawidłowa dla przedstawicieli gatunku homo sapiens.) Umieścił drobiny na papierowej serwetce, co cudem znalazła się na sąsiednim stoliku, i z tym towarem ruszył do kasy. A na prawo i lewo siedzą osoby i wprowadzają mleczne śniadania. Położył serwetkę na ladzie obok kasjerki. - Proszę panią, znalazłem w zupie mlecznej trzy mysie gówna, to skandal. Zawisły w powietrzu wiosła osobom, zesztywniała kasjerka i tylko gówna, gówna latają po skołowanych cabanach. - Zaraz panu wymienię - wystukała kasjerka znad maszyny. - Nie wymienię, proszę panią, nie wymienię, tylko to jest skandal. W zupie mlecznej - mysie gówno. - Zwrócę panu pieniądze - wystukuje z kolei kasjerka. - A niech pani się uspokoi z tymi pieniędzmi. W zupie mlecznej jest mysie gówno i to jest skandal. W tym rzecz. Kasjerka straciła kontenans. Twarz jej stężała jak żelatyna - widać myślała. - To o co panu chodzi - rzekła już odmienionym głosem, chyba swoim. - Proszę zawołać kierownika. Kasjerka udała się na zaplecze. Nie było jej dłuższy czas. Za to jakieś szepty, szepty dały się słyszeć zza przepierzenia ... W pewnym momencie ktoś chrząka, mówi coś głośno i z tupetem, i wychodzi. Osoba nadzwyczaj dobrze odżywiona, ale to tylko, nic więcej na twarzy ponad kalorie. - Słucham pana. A bohater, że gówno. - W waszej zupie mlecznej jest mysie gówno. Kierownik lokalu wyprostował się na całą wysokość i ściągnąwszy usta, mocno powiedział: - Jak pan się wyraża, proszę pana. Prosze nie zapominać, że znajduje się pan w miejscu publicznym. Tu są kobiety! - A ja znalazłem w zupie mlecznej gówno - spokojnie bohater. - Proszę się uspokoić! Pan jest nieprzyzwoity! Zaraz dzwonię na komisariat! - kierownik podnosi głos. - W waszej zupie mlecznej jest gówno - słyszy w odpowiedzi. - To co, to takie dziwne, że znalazł pan nieczystość? Ludzka rzecz, wlazła w nocy mysza i narobiła fekalię. Zwykła ludzka rzecz. A pan, proszę pana, niech się liczy ze słowami! To jest bar mleczny. Lokal publiczny. Państwowy!... Narodowy!... Socjalistyczny!... Nasz bohater nie dał się sprowokować. - Ale to wcale nie jest nieczystość, czy kał, czy fekalia - odpowiada - tylko to jest gówno. Niech pan weźmie do buzi i skosztuje. Fekalia to jest czy gówno? - Tfy, co za sugestie, jak pan śmie!... A co pan tu w ogóle robi? Jest dziesiąta rano, dlaczego nie w pracy? Jakiś w niedzielę urodzony, niebieski ptak? Bohater uprzejmie objaśnia, że jest młodym pisarzem klepiącym tę starą kobyłę, biedę. Kierownik skontrolował wzrokiem jego liche odzienie i badawczo zapytał: - A jest pan chociaż skodyfikowany? Partycypuje pan w Socjalistycznym Kole Młodych? - Ależ... Bez Koła Młodych świata nie widzę! - zadeklarował dla doświadczenia bohater. Kierownik serdecznie się ucieszył. Naprawdę się ucieszył. Ujął naszego bohatera pod ramię i zaczął kierować go w stronę zaplecza. - No widzi pan, widzi - mówił po drodze. - To trzeba było od razu tak mówić, teraz to zupełnie coś innego. Ale niech pan posłucha. Tak nie można. My rozumiemy, młodość, serca, krew nie woda, ale to trzeba przemyśleć, przedyskutować, rozważyć zanim, że tak powiem po warszawsku, chlapnie się słowo. Bardzo, bardzo nieodpowiedzialnie zabrał pan przed chwilą głos na publicznym forum. Bardzo nieprzemyślanie. A nie można to było przyjść do nas, wszystko byśmy wyjaśnili, przedyskutowali, zapisali, podali wyżej? Tak trzeba, proszę pana, służyć ojczyźnie, tak jest najtrudniej. Trzeba zrozumieć. Mamy trudności. O, lato na przykład niedawno było. A wkrótce perspektywicznie przewidujemy jesień, też nowy kłopot. A zima, a wiosna, co pan myśli. To nie tak łatwo cały rok na okrągło wiązać koniec z końcem. No i pułapki na myszy zawiodły. Skutkiem obiektywnych zakłóceń w dostawach kooperantów nie wszystkie części zamienne doszły na czas. Duża część pułapek stoi bezczynnie. I, jak pan widzi, wszystko to razem, obiektywnie, chwilowo, przejściowo, trudny okres, pogoda, przyspieszenie, w trzecim kwartale, do końca lat osiemdziesiątych... dziewięćdziesiątych... Jak więc pan może, w tak trudnej sytuacji, kiedy tu trzeba naprzód, do przodu i naprzód, naprzód, a pan tu wyjeżdża z tymi fekaliami. Ale jak jest pan członkiem SKMu, my bardzo otaczamy opieką naszych młodych twórców, zielone światło, a moja żona wszystkie wasze tomiki poetyckie kolekcjonuje, to może by pan coś o barze mlecznym napisał, o naszej ciężkiej pracy codziennej - ma się rozumieć na umowę, na umowę, zaliczka, stawka, honorarium, my tu zaraz... Rewolucjonista naszych czasów roześmiał się. - Kiedy ja nie jestem członkiem żadnego Socjalistycznego Koła Młodych - śmieje się na cały bar mleczny. - A to o co chodzi, to wcale nie fekalia, czy kał, czy nieczystość - tylko gówno! Gówno! Gówno!...
Gdańsk 1976, Ruszów 1977 |
Ja wprawdzie nigdy
nie widziałem mysich gówien w zupie, ale mam inny fakt podobnego ciężaru. Taki otóż, że za komuny mleko zajeżdżało krowią kupą, zwłaszcza po podgrzaniu.
Fakt! Od tego czasu
przesunięto krowom dojki do przodu. Tak jak ustalił w PN/1990/ PKN -Polski Komitet Normalizacji. Swoją drogą podgrzewanie krowiej kupy to wysoki standard zapachowo ekologiczny. Z tego jest chyba po wsiach świeże powietrze, choć niektórzy twierdzą iż świeże wiejskie powietrze zawdzięczamy nie otwieraniu okien przez włościan.
Ja wprawdzie nigdy
A teraz zajeżdża rybami, zresztą nie tylko mleko...
Mięso z Zakładów Mięsnych w Sokołowie Podlaskim, również zajeżdża rybami.
Czy mam uwierzyć, ze ryby - w dzisiejszych czasach - chodowane są razem z krowami?
Za komuny, "krowim gównem" zajeżdżaly flaki podane u Flisa, co zakonczyło się awanturą.
A tak na marginesie, jaka jest różnica między "krowią kupa" a "mysim gównem"?