Jak Donaldo „El Sol del Peru” offensywę poprowadził

i co z tego wynikło...

Razu pewnego, w jednym z układów planetarnych, pewnej peryferyjnej galaktyki, w drugiej kwarcie, pierwszego jesiennego księżyca, na rok przed zjednoczeniem, Zjednoczonej Europy, stało się tak, że Najwyższy Rozum dopuścił, by na świecie pojawił się kryzys finansowy. Larum podniosło się wielkie, od Sydney po Archangielsk, i od Tokio po Akrę.

Najtęższe umysły ekonomiczne świata radziły, co by tu można zrobić, by uniknąć najgorszego? Była jednakowoż kraina, gdzie echa tragedii jeno słabo docierały, a i lud nie frasował się zanadto. Miałaż owa kraina szczęście wielkie, bo w tym trudnym czasie rządem jej kierował Donaldo „El Sol de Peru” Trask. Dnia pewnego, Donaldo kazał przywołać do siebie skrybów z gazet wszelakich i inszych komunikatorów powszechnych i rzekł:

- Mój rząd rozpoczyna offensywę legislacyjną! W 3 miesiące uchwalimy 140 ustaw! My tymi ustawami pokażemy wszystkim niedowiarkom: patrzcie to są ustawy na miarę naszych możliwości! I to nie jest nasze ostatnie słowo!

Na effekty nie trzeba było długo czekać. Już następnego dnia indeksy giełdowe w Warszawie poszybowały w górę: WIG o 37%, mWIG40 o 38%, a sWIG80 o 29%! W tem samem czasie większość światowych giełd notowała kilkunastoprocentowe spadki. Optymizm w krainie, takoż poszybował w nieboskłon, a poparcie dla Premiera osiągnęło w ciągu trzech dni 96,7%. Cieszył się lud prosty, cieszyli się byznesmeni wszelacy, cieszyły się i gospodynie domowe, posyłając na adres premiera dowody swojej wdzięczności: a to jaj kopę, a to golonko świńskie w jałowcowem dymie wędzone, a to córkę, młódkę z liczkiem rumianem...

Jakoś tak miesiąc mijał od początku offensywy, kiedy podczas posiedzenia rządu, wpadła na salę Klaudia, sekretarka Donaldo, jedna z owych młódek w dowód wdzięczności mu podesłanych, odziana w krótką spódniczkę i białe szpileczki, już od drzwi trzepała rękami krzycząc:

- Donio...Donio...normalnie nie uwierzysz! Wiesz jak...siedzę i maluję tipsy, a tu ...wiesz jak...no siara...telekonfe...tele...znaczy na ekranie dziki jakowyś koleś, taki...wiesz jak...ciemny...nie...ale siara, mówię ci...chce z tobą, gadać, całkiem po zagranicznemu! I wiesz jak...no siara jest ...normalnie!

- Przełącz na nasz ekran! A chyżo! – polecił Donaldo i klepnął dziewuszkę w tyłek.

Po chwili na ekranie telebimu w sali konferencyjnej gabinetu premiera ukazała się czarna twarz, niestarego jeszcze mężczyzny. Reszty głowy nie było widać, gdyż zasłaniała ją gustownie zawinięta arafatka.

- Salam alejkum! – pozdrowił zgromadzonych, którzy dopiero teraz rozpoznali w rozmówcy Booracka Akbara Obsranę, prezydenta - elekta, naszego Największego Sojusznika. Spośród zgromadzonych, tylko Liwia Pindera wykazała się refleksem i znajomością wschodniej etykiety i odpowiedziała:
- Alejkum salam! – uśmiechając się przy tym promiennie.

Niestety dobre wychowanie pani minister nie znalazło uznania w oczach zaoceanicznego rozmówcy:

- Shut up!You bitch! – warknął przywódca – elekt, Byłego Światowego Mocarstwa i dorzucił parę słów w języku Eminema i Mike’a Tysona. Donaldo „El Sol de Peru” już miał odpowiedzieć, gdy przypomniał sobie, że jego ostatni rozhowor w tym języku Condomeenią Grain, skończył się salwami śmiechu, Drugiego Brata. Wzrok wszystkich obecnych skierował się na ministra spraw zagranicznych Darka Sikornego, który – nieświadom zamętu – z mp3 na uszach, nakładał 18 warstwę żelu na przedziałek, który i tak nie chciał się ułożyć. Darek nie tylko biegle znał język przywódcy-elekta, ale nawet był obywatelem Byłego Światowego Mocarstwa. Po chwili wahania minister igr wszelakich, Drewnowski dał znać Sikornemu o zainteresowaniu jego osobą kopiąc go z całej siły w goleń.
- Oh, zhesh, ty who you, yeah bunny – warknął Sikorny w języku ni to Ice T, ni to Kuby Wojewódzkiego, -chego?
- Zdejmij te słuchawki i tłumacz! Przecież ja kompletne nie rozumiem czego on ode mnie chce- władczym głosem nakazał Donaldo.

Sikorny pokraśniał z zadowolenia. Od czasu wizyty we Wschodniej Barbarii, rządzonej przez wroga demokracji, Kuszeńkę, popadał w coraz większą niełaskę i zaczął już poważnie myśleć o wyniesieniu się na stałe do swojej drugiej...może zresztą, pierwszej ojczyzny. Po chwil wszyscy dowiedzieli się z czym zwraca się przywódca-elekt Byłego Światowego Mocarstwa do polskiego rządu.

- Znaczy tak -tłumaczył Sikorny, który na tę okazję postanowił przypomnieć sobie polską wymowę- po pierwsze masz wywalić z sali tę wywłokę Pinderę, razem z tym kaszalotem Stupińską i pasztetem Room! Obsrana, jako gorliwy muzułmanin nie będzie rozmawiał w obecności istot, prawie równych zwierzętom.
- Wynocha-rzucił Donaldo, pokazując drzwi swoim żeńskim ministrom
- Po drugie, to on....hm...nie do ciebie!
- Co????!!! Więc do kogo?
- Do twojego „vice”!

Oczy wszystkich obecnych skierowały się w stronę Generała Inżyniera Pawlasia, którego twarz wyrażała w tej chwili to, co zawsze...Czyli nic.

- Ja rozumiem- tłumaczył tymczasem Sikorny-że wasz Bank Spółdzielczy w Kiełkach, wykupił Chase Manhattan Bank...Ja rozumiem, że Bank Spółdzielczy w Bębnie wykupił FED, ja nawet rozumiem, że Pektowin z Jasła wykupił, Coca-Cola Company, ale czy musicie wywalać na zbity pysk całe zarządy? Sekretarki? Portierów? Sprzątaczki? Zlituj się człowieku! Toż bezrobocie mi rośnie, a dopiero mam przejąć urząd przywódcy...A wy w 683 korporacjach pozwalnialiście wszystkich od prezesów do windziarzy! Prezesi...OK.! Bracia muzułmanie są ci nawet wdzięczni za urwanie łba syjonistycznej hydrze! Ale reszta?

Donaldo "El Sol de Peru" Trask malał w oczach. Ostatni raz tak upokorzyła go jedna z podesłanych, po ogłoszeniu offensywy legislacyjnej dziewoj, która stwierdziła, że rozlewa nim donosi i nawet jej ostatni, 13-letni partner poznany w dyskotece na wsi, jest w te klocki lepszy.

Tymczasem Generał Inżynier Pawlaś, którego twarz wyrażała to co zawsze...czyli nic, półprzytomnym wzrokiem spojrzał na ekran telebimu

- Masz rodzinę? - spytał zaoceanicznego interlokutora
- No mam - odpowiedział tamten, a sprawnie i bezbłędnie przetłumaczył Sikorny
- To wiesz jak jest! Przecież muszę jakoś ustawić braci, siostry, kuzynów, kuzynki, kumów, teściów, kuzynów teściowych i tak dalej. Nie ma nic złego w tym, że dba się o rodzinę, rodzinę-rodziny, dalszą rodzinę-dalszej rodziny...
- I o stada kochanek-warknął Donaldo, który wyraźnie zazdrościł jurności swemu niepozornemu „vice”
- Przecież nie będę się po sądach włóczył w sprawach o g**niane 7000 zł alimentów... najspokojniej jak umiał odpowiedział Pawlaś.
- Pomyślę co się da zrobić! Przyślij mi listę swoich ludzi, to gdzieś ich poupycham...Będziemy w kontakcie - rzucił Pawlaś w kierunku Obsrany-jego twarz przez chwilę zdradzała objawy gwałtownych procesów zachodzących w szyszynce, po czym z ulgą dodał- si ja!

Minęło kilka dni. Donaldo "El Sol de Peru" Trask wracał właśnie do gabinetu, zmęczony jak dzika świnia, swoją ulubioną pracą: kopaniem skórzanej futbolówki z chłopakami z pobliskiego liceum, gdy na korytarzu w Urzędzie Rady Ministrów zobaczył dwóch dziwnych osobników. O ile pierwszy z nich ubrany był w miarę normalnie, to drugi miał na sobie, dość dziwną białą piżamę przepasaną czarnym pasem. Osobnicy w ożywiony sposób, rozmawiali ze sobą o czymś, w języku zagranicznym, bliżej Donaldo nieznanym. Mimo, że stał już tuż obok nich nie zwracali na niego uwagi...A powinni! Fakt, że ubrany był w krótkie spodenki, getry i korki, nie tłumaczył ich nieznajomości twarzy człowieka, który był premierem jedynego państwa oszczędzanego przez kryzys światowy.

- Jesli ja tiebie skazał, cztoby ty upał na lico, ty nie waliaj duraka, tolko diełaj kak ja skazał- mówił mniejszy z gości, ubrany w piżamę
- Ty czto? Ja priezidient Rossijskoj Fiedieracji! Mnie priemier-ministr, nie budiet goworit czto mnie nada diełat’!

Nagle drzwi gabinetu Generała Inżyniera Pawlasia, otworzyły się gwałtownie

- Ciszej panowie...ja tu pracuję!- rzucił głosem człowieka w agonii „vice”, Donalda. Jego twarz wyrażała przy tym, to co zawsze... czyli nic..

Mniejszy z oczekujących błyskawicznym ruchem rzucił się na ziemię, przy okazji umięjętnie podcinając swego towarzysza.

Wasze błagarodie! - przemówił z podłogi, nie podnosząc nawet wzroku- Budtie dobrym! Dajtie nam odnu minutoczku! Cztoby raskazat’ wam o naszych diełach, z kotorymi my siuda prijechali! – Pawlaś, najprawdopodobniej, zastanowił się chwilę, po czym zaprosił gości do swojego gabinetu, pozostawiając Donaldo oniemiałego na korytarzu. Po chwili jednak drzwi otworzyły się, a Generał Inżynier łaskawym gestem zaprosił również „El Sol de Peru”, pozwalając jednak zagranicznym gościom wczołgać się pierwszym.

Donaldo nigdy wcześniej tu nie był, a tymczasem okazało się, że biura zajmowane przez Generała Inżyniera Pawlasia prezentowały się całkiem przytulnie: wchodziło się przez gustownie urządzony sekretariat, w którym królowała Isaura Karyś - była miss mokrego podkoszulka z dyskoteki w Ciechanowie i absolwentka Wyższej Szkoły Zarządzania Hodowlą Ptactwa Domowego i Ryb Słodkowodnych w Przasnyszu. Pindera mówiła o niej, co prawda "pusty lachon", ale rzut oka na samą Pinderę wystarczał, by dostrzec w jej opinii złośliwość. W samym gabinecie Pawlasia, na ścianach zamiast pretensjonalnych, artystycznych bohomazów wisiały dwa przecudne landszafciki, z których pierwszy przedstawiał jelonki na rykowisku, drugi zaś dwa białe ptaki na sadzawce otoczonej kolumienkami, w kącie gabinetu stała zaś piękna lampa, w której jakaś tajemnicza siła poruszała złotka zanurzone w cieczy.

Głośniki pieściły ucho delikatną muzyczką disco-polo, w wykonaniu zespołu Bayer Full. Donaldo domyślił się, że dwaj przybyli to Rosjanie. Czego jednak mogli chcieć od jego "vice"?

- Wasze błagarodie! Zdies uże nie o dieńgi idiot...zdies idiot o żyzń! Kołonka waszego rodstwiennika w Pacynie, Rosnieft pokupiła, rodstwiennik Kalinieckogo pokupił Gazprom! Choroszo! No kak eto, srazu wsiech rabotajuszczich tam na ulicu wybrosit’? Bud’tie cziełowiekom...jesli wierniomsia biez nikakich uspiechow, nas uże niet!
- Zobaczę co się da zrobić? Bądźcie panowie dobrej myśli...jakieś stołki znajdę i dla waszych ludzi!
- A może poddajcie swoją władzę pod osąd wyborców- rzucił, przysłuchujący się do tej pory w milczeniu, Donaldo
- A on, kto? Futbolist znaczit,a?-zainteresował się wyższy z gości
- Nie, to nasz premier! Taka....maskotka kancleriny Morgel

Obaj Rosjanie spojrzeli na Donaldo z niekłamanym wstrętem, a następnie nie odwracając się tyłem do Generała Inżyniera Pawlasia, wycofali się w kierunku drzwi, kłaniając się przy tym, co krok.

Parę tygodni później Donaldo "El Sol de Peru" Trask i Generał Inżynier Pawlaś szykowali się do wyjazdu na szczyt Unii Europejskiej w Berlinie. I tu wyniknął spór między nimi: Donaldo uważał, że w dobie tak ciężkiego kryzysu, nie uchodzi latać salonkami i przyzwoiciej będzie pojechać do Berlina, dopiero co wybudowaną w dwa miesiące, autostradą. Tym bardziej, że i tak Ursus wykupił BMW, więc można było udać się najnowszym produktem polskiej motoryzacji. Na prośbę Pawlasia do rozsądku przemówił mu Nadkański:

- To potośwa Erbasa kupili, żebyśta teraz taksówkamy mieli jeździć do Berlina? Jak trzeba jechać to i po gospodarsku. Obiektywnie rzecz bioronc, taksówka to przeżytek. Nie po to Józwa, mój swat, mechanizatorem rolnictwa i menżerem został, a potem z Heńkiem z ośrodka maszynowego Erbasa wykupił, żebyśta jak te ćwoki sprzed komasacji BMW zajeżdzaly!

Donaldo uznał, że to rozsądne argumenty i obaj z Generałem Inżynierem Pawlasiem polecieli samolotem, w BMW wysyłając Drugiego Brata. Nienawykły do roli światowego potentata Donaldo, przy powitaniu przez kanclerinę Morgel, chciał starym zwyczajem, ucałować obie jej dłonie na powitanie, ale umiejętnie podłożona noga Pawlasia, wytrąciła go z równowagi, a jego nos zapoznał się bliżej z posadzką pałacu kanclerskiego. I niestety obficie zrosił ją donaldową krwią. Generałowi Inżynierowi Pawlasiowi nie drgnęła przy tym nawet powieka, a jego twarz wyrażało to co zawsze...czyli nic.

Szef niemieckiego Związku Przemysłowców, przy pierwszej okazji rzucił się do Pawlasia:
- Człowieku –krzyczał po polsku- nie rozumiesz? My Niemcy, przez dziesięciolecia pomagaliśmy wam i całej Europie, a teraz wy macie obowiązek pomóc nam w kryzysie!
- Ale ja nie po to, tu przyjechałem
- To po co?
- Musimy porozmawiać od dopłatach bezpośrednich!
- O dopłatach? K**wa, świat się wali, a wy potraficie myśleć tylko o dopłatach?
- Kulturo osobisto, to pan nie grzeszy- zauważył przysłuchujący się rozmowie Nadkański. Generał Inżynier Pawlaś, natomiast nic nie powiedział, jego twarz wyrażała w tej chwili, to co zawsze...czyli nic.

Do rozmowy włączyła się również kanclerina Morgel, usiłując przemówić do rozsądku Donaldo „El Sol de Peru” Traskowi. Ten jednak z rozbitym nosem bardziej zajęty był doprowadzaniem do jako-takiego stanu zakrwawionej koszuli i – jak nigdy wcześniej- nie potakiwał swojej pani co drugie słowo. Po godzinie tej bezsensownej gadaniny, zrezygnowana kanclerina zwróciła się do Generała Inżyniera Pawlasia

- A pan...Może pan, powie dziś coś sensownego?
- Dojczland, Dojczland iber ales- stwierdził Pawlaś i tylko nader uważny obserwator mógł zauważyć, ile kosztowała go ta konstatacja

Po szczycie Unii Europejskiej, zakończonym rozwiązaniem Unii Europejskiej i wycofaniem z obiegu ojro, obaj wielcy mężowie stanu wracali do domu z mieszanym uczuciami. Niby byli; premierem i vicepremierem największego kontynentalnego mocarstwa, ale...Donaldo „El Sol de Peru” Trask, głupio się czuł jako człowiek, który za cokolwiek odpowiada! Albo mu to źle było, kiedy kopał se piłkę i opowiadał skrybom jakie cuda się zdarzą? A tu masz! Się cholera udało! Generał Inżynier Pawlaś, też nie był kontent! Co z tego, że paru powiatowych działaczy z ajentem stołówki w Urzędzie Gminy w Wielkich Oczach przejęło sieć KFC? Co z tego, że upadłe PGR odradzały się jak grzyby po deszczu przejmując kołchozy, komuny ludowe i kibuce? Co z tego, że składka w KRUS zmalała do 6 zł 34 gr na rok? Ale dopłat nie załatwił! Psie krwie woleli Unię rozwiązać, niż dać dopłaty!

- O czym myślisz? - przerwał ciszę Donaldo
- Jak tu się do kasy w PZPN dobrać.....Dziecka trza jakoś poustawiać....A twarz Generała Inżyniera Pawlasia wyrażałam w tej chwili to, co zawsze....czyli nic.


Bogdan Pliszka
więcej tekstów autora...

Mam pretensje do Autora.

Tak głośno rżał był zając ,że o mały nie dopadły go psy.
Po drugie można by, w tym zacnym wielce opowiadanku, dodać coś z fantazyji.
A tak , dla nader uważnego obserwatora, to sama goła proza czysta jak łza.
Pozdrowienia.

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.