Szukaj na PNWydarzenia
Zaloguj sięnoweczytane 2006Ile? |
List otwarty z Uzbekistanu
06-11-2008, 22:55 | Ks. Jarosław Wi...
Dostałem na tydzień misyjny niezłą niespodziankę. Chociaż sam się naprosiłem, by dzieci do mnie napisały listy misyjne (od dorosłych próżno czekać), to jednak nie bylem pewien, że to "wypali". Gdy się jednak tak stało jak marzyłem - to mam obowiązek odpisania. Piszę jeden otwarty list do 5-ciu wspaniałych, do Adriana, Anety, Asi, Kasi i Radka, bo wiem, że nie wszystkie dzieci mają w domu komputery i nie każde ma odwagę pisać listy do nieznajomych, tym bardziej z zagranicy. A poza tym domyślam się, że ta piątka wspaniałych nie wrzuci tego listu do kosza, a poniesie go do szkoły na lekcje religii albo, co jeszcze lepsze pokaże rodzicom, bo to ich tez może dotyczyć. Powiem Wam, że kiedyś w piątej klasie podstawówki nasza nauczycielka od rosyjskiego rozdała nam adresy do naszych rówieśników z Rosji. Niewielu z nas wytrwało w prowadzeniu takiej korespondencji. Listy szły miesiącami i nasza wiedza o języku rosyjskim była za słaba, żeby dużo i często pisać. Tym niemniej z czasów tamtej „zabawy”, pozostała mi smykałka do ludzi ze Wschodu i zaciekawienie kim są i jak im się żyje, tym bardziej że dochodziły mnie wtedy echa, że Rosja żyje bez Pana Boga, że zniszczyła kościoły i wymordowała kapłanów. Może korespondowanie ze mną, przerodzi się dla kogoś z Was w dorosła przygodę misyjna, dokładnie tak jak to było ze mną. O tym wszystkim, czyli o klęsce Kościoła na Wschodzie, miałem się dowiedzieć w szczegółach w Seminarium białostockim, a potem jako kapłan, gdy odwiedziłem Rosje i Ukrainę na własne oczy. Widziałem kościoły zburzone nie w czasie wojny. a właśnie, gdy nastał pokój, po Rewolucji Rosyjskiej. Widziałem i takie, które zamieniono na stajnie, szopy, garaże, stolarnie, spichrze, domy mieszkalne, sale gimnastyczne czy w najlepszym wypadku filharmonie. Dla człowieka wierzącego z ideałami, jakim bylem na początku mej drogi misyjnej, i mam nadzieję nadal jestem, to była i jest tragedia. Macie mój adres w Internecie i możecie sobie co nieco poczytać, zresztą dzieci z Chodorówki juz to zrobiły. Bóg zapłać. Dzieciom z Czarnej Białostockiej dziękuję podwójnie, że się odezwały, bo jakiś czas 6 lat temu, dokładnie 23 października 2003, podjąłem na 7 miesięcy pracę w tym miasteczku i często wspominam wszystkie uliczki i zakątki. Pamiętam dobrze początek przebudowy kotłowni na Kościół Miłosiernego Jezusa i wszystkie szkoły jakie są w tym mieście. Pozdrawiam serdecznie katechetów i kapłanów, którzy tam obecnie pracują. Co do mojej obecnej placówki, to opowiem w kilku słowach, że mieszkam obecnie w Uzbekistanie. Jest to kraj o podobnej wielkości jak Polska, ma jednak zaledwie 27 milionów ludności, z czego większość wyznaje islam i do Chrystusa a także do Chrześcijan odnosi się z rezerwa. Stolica Uzbekistanu Taszkient, ma 3 miliony ludności. Jest piękna, bo jest otoczona górami. Góry nazywają się Tien Szan, co po chińsku znaczy niebiańskie góry. Słowo Taszkient oznacza po turecku Kamień, więc mieszkam jak papież w Watykanie „na opoce”. Ma to sens tym bardziej że nasz kościółek ma status Ambasady Watykańskiej i zatrudnieni tutaj księża są urzędnikami watykańskimi i mają status dyplomatów. To znacznie ułatwia pracę w tym egzotycznym środowisku. W życiu codziennym wyraża się to w ten sposób, że na samochodzie biskupa i braci Franciszkanów zamiast białych tablic widnieją zielone i miejscowa milicja nie ośmiela się ich zatrzymywać. Na każdym parkingu znajdzie sie dla takiego samochodu eksponowane miejsce. Uzbekistan jest znany z wielkich złóż gazu ziemnego. Są też złoża uranu, węgiel brunatny i złoto. Słynie z wielkiego jeziora, które szybko wysycha i nazywane jest Morzem Araklskim. Odległy około 5000 km od Polski i ma różnice 4 godzin. Znaczy to, że słońce w Taszkiencie budzi się o 4 godziny wcześniej niż w Polsce. Samochodem lub pociągiem jechać trzeba do ojczyzny 4-5 dni a samolotem z przesiadkami plus minus 6 godzin. Gdy piszę do Was list jest już pół do jedenastej w nocy i pora by iść do łóżka. Tymczasem w Polsce jest 20 po szóstej i pewnie słońce jeszcze nie zaszło, a Wy biegacie po ulicy. Największą sławą tego kraju jest jednak bawełna, którą zbierają na polach właśnie w tym czasie tłumy ludzi, nie wyłączając studentów i dzieci. Najbliższy miesiąc ich nauka w szkole będzie polegać właśnie na zbieranie białych kłębków waty z krzaków wielkości maliny czy porzeczki, które ciągną się kilometrami w równiutkich rządkach. Kiedy juz zbierze się bawełnę, wpuszczane są tam krowy i zjadają pozostałe na krzewach gałązki i liście. Wygląda to malowniczo. Budowle w kiszlakach (wioska - od słowa kiszi- człowiek), są głównie z gliny i otoczone są wysokimi plotami jak twierdze. Te ogrodzenia też powstają z cegły, która jest prowizoryczna, bo niepalona. Na zwieńczeniu ogrodzenia często montuje sie daszek drewniany, żeby woda deszczowa nie spłukała budowli. Druga niezwykła i charakterystyczna rzecz w Uzbekistanie, to niezwykle krajobrazy. Na Zachodzie w Karakalpackim kraju, gdzie jeszcze nie bylem, ale znam z opowieści, są tereny pustynne, które przylegają do Aralskiego Morza. Na Wschodzie piękne góry wspomniane w tytule mojej opowieści. Pewnego razu mój kolega Franciszkanin zawiózł mnie na jedną z tych gór, która ma wysokość 3 km i można na nią wejść pieszo lub na wyciągu. To duża atrakcja dla narciarzy. Gdyśmy po półgodzinnym rejsie dotarli na wierzchołek, dowiedziałem się, że na górę można też wjechać konno. Dwoje chłopców dyżurowało tam, by chętni turyści mogli spróbować swych sil. Gdy ich zapytałem jak dawno jeżdżą konno, odpowiedzieli że od trzeciego roku życia. I rzeczywiście, od tej pory coraz częściej mogłem zauważyć podobną scenę: mały chłopczyk bez siodła jadący sobie po wiejskiej drodze. W tym ogromnym mieście, które właśnie zasypia, jest metro, piękne szerokie autostrady około 100 meczetów, 4 prawosławne cerkwie i zaledwie jeden, za to prześliczny kościół zbudowany ze żwiru jaki się znajdował na miejscu. Górka, która tu stała 100 lat temu została zużyta do produkcji bloków budowlanych i teraz kościół stoi w dolinie nad górską rzeką, widoczny z trzech stron na tle wieżowców. Obok kościoła wzniesionego w latach 1914-2000, rok temu Polonia wzniosła pomnik poświecony Armii gen. Andersa, która tu długo stacjonowała. W Taszkiencie zmarło z wycieńczenia około 600 żołnierzy. Nikt do nich nie strzelał, jednak lato bywa tu tak skwarne (60 stopni w słońcu), że dla wycieńczonych zesłańców z Syberii taka pogoda była zabójcza. Ja zgłosiłem się do pracy w Taszkiencie 1 października, kiedy była już jesień a temperatura nadal była 25 stopni. Nie wiem jak przetrwam nadchodzące lato. Co do budowli kościoła, to ma ona niezwykłą historię. Pierwszą kaplicę obsługiwał jeszcze w 1883 roku przez trzy lata pewien kapelan wojskowy, bo Taszkient jak i cały Turkkiestan przeszedł po Powstaniu Styczniowym w ręce Rosji. Car kierował na antypody podpadniętych w Powstaniu polskich żołnierzy... Przyjazd kapłana był dla nich wielką radością, ale trwała ona zaledwie 3 lata. Po jego odjeździe kaplice zamknięto, a dzwon podarowano Prawosławnym. Kolejny kapłan, który dostał pozwolenie na pobyt był profesorem z Petersburga, sławny na cały świat znawca języka hebrajskiego ks. Justyn Pranajtis. Zbudował on w okolicy 5 kościołów w miastach oddalonych o tysiące km jak Aszchabad, Alma-Ata (stolice Turkmwenii i Kazachstanu), albo setki km jak Samarkanda Fergana, Termez. W samym Taszkiencie wciąż były przeszkody i brak było bogatych i życzliwych ludzi dla wsparcia idei budowy kościoła. Tacy sie znaleźli dopiero w czasie pierwszej wojny światowej. Byli to paradoksalnie uciekinierzy z pogrążonej wojna Polski i jeńcy wojenni z armii austriackiej, katolicy pochodzenia polskiego, czeskiego i węgierskiego. Włożyli oni swe serce i wszelkie możliwe ofiary. Niestety śmierć ks. Justyna w lutym 1917 roku, a potem wybuch Rewolucji Sowieckiej sprawiły, że dach na gotowej budowli wznieśli dopiero w latach 90-tych bracia Franciszkanie pod kierunkiem charyzmatycznego ojca Krzysztofa Kukułki. Tak wiec wracając do Uzbekistanu...to kraj w samym sercu Azji, toteż tutejsi mieszkańcy mają cechy charakterystyczne dla całej Azji. Mają ciemną skórę jak Arabowie czy hindusi i trochę podobną do nich urodę, większość ma lekko skośnawe oczy, ale rozmawiają językiem, który należy do grupy tzw. Tiurkskich, czyli tureckich języków uczę się go z trudem. Na przykład na dzień dobry Uzbecy pozdrawiają się podobnie, jak w Izraelu słowami: „SALoM” (szalom-pokój), odpowiedzieć należy „Assalam alejkum”(pokój z tobą). Kobiety ubierają się bardzo pstrokato w spodnie, na które naciągają coś podobnego do naszych szlafroków. Wiele z nich używa muzułmańskich chust, które wprawdzie nie przesłaniają twarzy, ale ciasno zawiązane są pod szyją na podobieństwo niektórych zakonnic klauzurowych np. Karmelitanek. W Turcji niedawno toczył się spór na najwyższym szczeblu i trybunał konstytucyjny zabronił używania takich chustek w szkole, aby zapobiec nadmiernej islamizacji społeczeństwa. Mężczyźni lubią wysokie buty, w które wpuszczają spodnie, czy raczej szarawary. Na koszule i latem i zima naciągają gruby płaszcz bez guzików, który latem nie przepuszcza ciepła, a zima chroni od przymrozków. Na głowach noszą tzw tiubetiejki, troszkę podobne do tej czapeczki, która nazywa się biret i ksiądz ja czasami zakłada na cmentarzu. Młodsi chłopcy używają wełnianych czapeczek, które są bardzo podobne do czerwonego berecika, który używają w Polsce biskupi. Wracając do autostrad, to ciekawostka jest, że na każdym poboczu a niekiedy i pomiędzy pasmami autostrady są mniejsze lub większe zabetonowane kanały, które rozprowadzają wodę po całym mieście. Jest to czyściutka źródlana woda z gór. Korków na drodze nie ma. Rzadko spotyka się typowe dla Azji rowery, natomiast osiołki zaprzężone w malutkie fury są wszędobylskie i rozwożą wszelkiego rodzaju towar podobnie, jak to widziałem w Pekinie. W Taszkiencie od 2003 roku zamieszkuje katolicki biskup, który nazywa się Jerzy Maculewicz. Podobne nazwisko miał błogosławiony Jurgis Matulaitis, który sto lat temu był biskupem wileńskim i często odwiedzał Białystok... Rodzice naszego biskupa mieszkali na Śląsku, ale pochodzili ze Wschodu. Tato z Wilna, a mama z syberyjskiego Krasnojarska. Sam biskup urodził się na Ukrainie i ma dzisiaj 55 lat. Jest Franciszkaninem. Ma do dyspozycji 9 kapłanów z czego 8-miu to jego współbracia zakonni. Obsługują oni 5 zarejestrowanych parafii i dwie tworzące się. Najodleglejsza parafia Urgencz leży po sąsiedzku ze starożytnym miastem Chiwa. Ma 120 000 mieszkańców i około 20 parafian. Niedawno powstał tam mały kościółek i jest on jedyną chrześcijańską świątynią w mieście. Parafia jest oddalona o 1100 km od Taszkientu. W połowie drogi z Urgencza do Taszkientu leżą jeszcze dwa znane z historii miasta Samarkanda i Buchara. Tam istnieją wspólnoty, w których liczba parafian sięga 50-100 osób. Jest jeszcze we wschodnim Uzbekistanie wspólnota na przedmieściach miasta Fergany złożona głównie z bezdomnych lub zaniedbanych dzieci. Opiekę nad nim objął o. Piotr Kawa i dwaj współbracia Franciszkanie. Jedna z tych dwu niezarejestrowanych, czyli powstających parafii ma wezwanie Miłosierdzia Bożego i mieści się w Angrenie (100 km na wschód od Taszkientu). To ja mam zaszczyt obsługiwać ja od miesiąca. Druga w wojewódzkim mieście Navoi jest obsługiwana przez kapłanów z Buchary. Samarkanda jest tak starożytna jak miasto Rzym. Ma 2700 lat. To miasto było bardzo dzielne. Długo opierało się atakom Aleksandra Macedonskiego. Tutaj wielki wódz znalazł sobie małżonkę. W przeszłości mieszkał tu chrześcijański metropolita i większość Sogdyjczykow (tak nazywano niegdyś tubylców) była chrześcijanami, ale po napaści Arabów, a potem Mongołów sytuacja w kraju się diametralnie zmieniła i chrześcijanie prawie zniknęli z powierzchni tej ziemi. Sława Samarkandy wzrosła w czasach podróżnika Marco Polo, kiedy to poprzez Morze Czarne i Kaspijskie „Jedwabnym Szlakiem” do Chin wędrowało wielu kupców i misjonarzy. Powrót chrześcijan na tereny wiąże się z podbojem Turkiestanu (dzisiejsze państwa Azji Środkowej: Turkmenistan, Tadzykistan, Kirgistan, Kazachstan i Uzbekistan) przez carską Rosję i napływem polskiego żywiołu a w latach stalinowskich masy zesłańców niemieckich. Były chwile, że ilość katolików w Turkiestanie władze carskie szacowały na 40 000. Wedle realnych szacunków obecnie AD 2008, katolików uczęszczających w niedzielę do kościoła jest zaledwie 600. Są tu również siostry Matki Teresy z Kalkuty, o których na pewno wiele słyszeliście. Dwie siostry przybyły z Polski, dwie z Indii, jedna z Włoch i dwie z Afryki. W ich klasztorze obowiązuję język angielski i gdy przyjeżdżamy do sióstr odprawiać, to musimy się modlić w tym języku. Niektóre z sióstr już troszeczkę znają język uzbecki, inne komunikują się po rosyjsku a najważniejszy jest język miłości, to znaczy dobre uczynki, które te siostry sprawują zwłaszcza na cmentarzu. Niedaleko ich klasztoru jest prawosławny cmentarz, na którym osiedlili się bezdomni. Jest im tam wygodnie żyć, bo prawosławni ludzie na swoje mogiły zawsze przynoszą słodycze. To się staje pokarmem dla podopiecznych naszych sióstr. Ludzie ci mogą w domu sióstr nie tylko smacznie pojeść, ale też mogą sobie wyprać cuchnącą odzież. Co do mojej parafii. Jest ona nietypowa. W miasteczku Angren mieszkało 20 lat temu wielu europejczyków. Byli to zwłaszcza zesłańcy polskiego i niemieckiego pochodzenia. Ostatnio wielu z nich powróciło do ojczyzny albo wyniosło się do Rosji. Nie sposób ukryć, że sprzyjały temu zatargi na tle rasowym i religijnym. Historia parafii w Angrenie jest nietypowa. Do tego miasteczka z pobliskiej Fergany pod koniec lat 80-tych zaczął dojeżdżać legendarny ks. Pralat Jozef Swidnicki, który w 1984-m roku trafił w Nowosybirsku do więzienia za kazanie o MB Fatimskiej jakie wygłosił w miejscowej kapliczce. Dostał wyrok 4 lata za antypaństwową, wywrotową działalność, bo tak władze sowieckie nazywały misje. Po dwu latach zdaje się skrócono mu wyrok i z Syberii wyjechał on do Uzbekistanu. Miał wielu parafian w Ferganie w Angrenie i w Taszkiencie. Z trudem nadążał odwiedzać wszystkie zakątki kraju, gdzie tylko znajdował europejczyków. Z chwilą jednak, gdy przeniósł się z powrotem na Syberie w 1992 roku parafie zaczęły się wyludniać i trudno było ten proces zatrzymać. Do Uzbekistanu przyjechali bracia Franciszkanie, którzy zaprzyjaźnili się z pewnym pastorem polskiego pochodzenia. Miał na imie Włodzimierz Wytrwał. Podobnie jak wielu i on z rodzina opuścił Uzbekistan i mieszka sobie w Ojczyźnie swych przodków. Zanim jednak wyjechał wypełnił opatrznościową misję, zaprosił naszych Franciszkanów, by przeprowadzili akcję informacyjną o kościele katolickim w jego parafii. Nie często się zdarza, by pragnienie powrotu do kościoła katolickiego ustami parafian wyrażał sam pastor protestancki. Tym razem tak sie stało. Współpraca Włodzimierza z franciszkanami trwała 2 lata. Skutek jest taki, że większość moich obecnych parafian było w przeszłości baptystami. Część dawnych parafian odeszła do innych wspólnot protestanckich. Inni wyjechali za granice. Pozostali, a jest ich 7 osób, to głównie ludzie schorowani i starzy. Moja misja chwilami wygląda, jak praca sióstr na cmentarzu. Nie wiem, czy sobie poradzę. W Rosji i na Ukrainie, gdzie dotąd pracowałem, do państwowej rejestracji wspólnoty potrzebna była minimalna ilość 10-ciu członków-założycieli. W Uzbekistanie trzeba nazbierać stu parafian, by wspólnota otrzymała legalny status. Jak z tego widać, jestem na razie nielegalnym duszpasterzem i nie mam prawa zamieszkiwania w swej parafii. Dojeżdżam więc dorywczo z odległego Taszkientu, co dodatkowo utrudnia sprawę. Miasto jest piękne ma 120 tys mieszkańców. Leży u podnóża góry nazywanej Babaj Gora 3555 m, nawet latem ma czapkę ze śniegu. Niektóre dzielnice wieżowców wyglądają jak miasto widmo, bo z chwila wyjazdu europejczyków nie było chętnych, by te domy zasiedlić i dbać o nie. Każde miasteczko uzbeckie wita przyjezdnych pięknym hasłem HUSZ KELIBSIZ (Witamy Serdecznie). Ja jednak od miesiąca nie przestaje żyć z odczuciami „niechcianego gościa”, czyli takimi jakie miałem pod koniec pobytu w Rosji. Przepraszam Was za to, że nazwałem dzieciakami, bo dla mnie nimi jesteście. Proszę tez o wyrozumiałość dla mnie, że tak dużo Wam napisałem i że niektóre słowa mogą być dla Was trudne. Myślę, że Wasi Katecheci pomogą wam swoimi komentarzami. Proszę Was o serdeczną modlitwę. Wiem, że modlitwa dzieci dużo więcej może niż kogokolwiek z dorosłych i dlatego proszę o przekazanie mego listu wszystkim swoim przyjaciołom i znajomym, zwłaszcza na Białostocczyźnie skąd się bierze mój kapłański rodowód. Jako rodacy macie prawo i szlachetny obowiązek trzymania za mnie kciuków. Pozdrawiam raz jeszcze i czekam na króciutkie listy z Ojczyzny.
27-my pazdziernika 2008 roku |
nielegalny, niechciany gość -
tak obrazowo przybliża dzieciom piękny i trudny kraj. To wyzwanie dla katechetów. Promienny, nachylony nad wyobraźnią dziecka tekst wart jest wykorzystania. Dziecko - jakim byłam/ nadal jest - chętnie malowało, rysowało. Zachęcam do krajobrazowych zajęć geograficzno poznawczych, do rysowania kiszlaków, chlopca na koniu wspinającego się w górę, katedry z piasku, Uzbeków i Uzbeczki w ich zwyczajowych strojach.
Bowiem Ksiądz, nie napisał jednego- żeby być misjonarzem trzeba kochać całe bogactwo świata - trzeba bardziej kochać(otwierać sie na innych), niz być (zadufanym w sobie).Ale o tym nie musiał pisać - bo tym oddycha ten artystyczny reportaż. - jane
z Niebiańskich Gór -
rozterki doświadczonego Misjonarza i przykład pożytecznych zajęć z synem, wnukiem, uczniem.
Trzeba otworzyć mapę i pokazać gdzie, w jakich miejscach przebywa Autor. Trasa. Codzienna droga 100 km.
Następnie otworzyć internet i pokazać zdjęcia tych miejsc. Poczekać aż dziecko wskaże coś , jakąś fotografię,aby pokazać mu jeszcze raz - i wrócic do tekstu Ojca Jarosława. Odczytać fragment tego właśnie miejsca dotyczący.
I rozmowa o tym,że Misjonarz reprezentuje nas. Że potrzebuje wsparcia dziecka, rodziców, dziadków. Powiedzieć dlaczego - że ludzie boją się przyznawać do Pana Jezusa, że misjonarz musi żyć w ukryciu,dopóki ci ludzie nie zdobędą sie na odwagę.
A na czym polega nasza odwaga? - pytam dzieci ( tak jak o. Jarosław) , bo starsi wiedzą, jakby nie wiedzieli. - jane