Szukaj na PNWydarzenia
Zaloguj sięnowedyskutowane 2007
Prace PNIle? |
Obcy w obcym kraju (1)
sob, 2009-07-04 04:19 | Konrad Banachewicz
Pierwsze wrażenie po wylądowaniu na lotnisku w Bangkoku (największym, najnowocześniejszym etc. w tej części świata) to gorąco. Zdarzyło mi się być w paru miejscach na świecie, które nie nalezały do najchłodniejszych, ale czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Wychodzi się z lotniska i połączenie gorącego, parnego powietrza ze smogiem po prostu ścina z nóg. Po paru dniach człowiek się przyzwyczaja i zaczyna rozumieć Tajów, którzy patrzą na pędzącego po ulicy faranga jak na durnia: dokąd on się tak spieszy? Więc zwalniasz, zaczynasz się wlec noga za nogą. W takiej temperaturze po prostu inaczej się nie da. I właśnie poprzez takie drobne rzeczy zaczyna do ciebie docierać, że niby leciałeś wszystkiego dziesięć godzin – a jakbyś się znalazł na innej planecie. Następne wrażenie to chaos: nie istnieje chyba część miasta (może oprócz okolicy, gdzie mieszczą się ambasady) wolna od straganów, sklepików i naganiaczy oferujących a to taksówkę, a to czytanie z dłoni, a to ping-pong show (o tym niżej). O ile nie dziwi to specjalnie na Khoa San Road, gdzie najłatwiej o w miarę rozsądnie wyceniony hotel (ergo: pełno turystów, hipisów etc), o tyle w centrum kontrast jest niesamowity. Super luksusowy hotel o trzydziestu piętrach, ośmiopiętrowe centrum handlowe (samo szkło i stal) – a dwadzieścia metrów od wejścia jakaś kobieta w najlepsze smaży coś podejrzanie podobnego do karalucha czy innego konika polnego (nazwijcie mnie europejskim szowinistą, ale jakoś nie mogłem się zmusić do spróbowania).
I teraz scenka rodzajowa: na ulicy ruch, karaluchy wędzą się w najlepsze na smrodliwym mini grillu, zgiełk, spaliny i ogólne zamieszanie pod hasłem “dzień w wielkim mieście”. Z jednego z wieżowców wychodzi elegancko ubrana dziewczyna. Najpierw idzie się pomodlić do jednego z miliona ołtarzyków zapełniających ulice Bangkoku (piszę “ołtarzyk” z braku lepszego określenia, choć wszyscy mi powtarzają, że buddyzm nie jest religią), a potem je lunch przy stoisku z dziwnymi wynalazkami, konwersując ze sprzedawczynią. Na koniec grzecznie się kłaniają i każda wraca do swojego świata: jedna do ulicznego straganu, druga do pracy w świątyni konsumpcji. Z tą konsumpcją to w ogóle jest jedna ciekawa sprawa – choć w sumie poboczna. Za wyjątkiem paru rzeczy stricte lokalnych (sieć komórkowa czy inny abonament na net), znaczna część reklam używa zdjęć kobiet o urodzie wybitnie europejskiej, tak jakby pozbycie się własnej odrębności było oznaką, bo ja wiem, awansu społecznego? Jeśli chodzi o paradujących w reklamach facetów proporcja jest ciut lepsza na korzyść autochtonów, choć nie o rząd wielkości. Któregoś dnia jadąc BTS (coś jak szybka wersja metra z lekkim futurystycznym posmakiem – wszystkie przewodniki mówią na to “Sky Train”) doznałem lekkiego szoku na widok reklamy na monitorze: krem wybielajacy cerę, bo przecież to wyraz bycia takim lepszym. I Tajowie chyba kupili tę bzdurę, bo im lepsza dzielnica miasta, tym jaśniejszą skórę mają spotykani wokół ludzie. Kiedyś uważałem że takie zabawy to domena durnowatych celebrytów w typie Michaela Jacksona czy Diany Ross, ale jak widać można spacyfikować w ten sposób cały, nie najmniejszy przecież, kraj. Niech nam żyje reklama w warunkach wolnego rynku.
Właśnie, wolny rynek… Momentami czułem się w Bangkoku jak na pokazie pod hasłem “wolny rynek w praktyce”. Królestwo Słoni ma jeszcze trochę do nadgonienia jeśli chodzi o poziom zamożności (w porównaniu z, powiedzmy, Singapurem), ale jego mieszkańcy wyglądają na zdeterminowanych żeby nie zajęło to zbyt dużo czasu. Handlują wszyscy i czym się da – w szczególności popularną opcją jest transport. Autobusy, busy, taksówki – do wyboru, do koloru. Osobne przeżycie to tuk-tuk – coś jakby motorowa riksza. Wsiadasz do kabiny, kierowca rusza z kopyta – i wtedy się zaczyna. Skręty, wymijanie, trąbienie… Po jakimś czasie człowiek zaczyna się cieszyć z benzynowych spalin owiewających go od tyłu: otumaniony, nie bardzo masz siłę się stresować. Wszystkie te środki transportu, podobnie jak (z małymi wyjątkami) uliczny handel mają jedną wspólną cechę: bez targowania się ani rusz. Wprawdzie na upartego można by stwierdzić, że nawet wyjściowe ceny podawane przez drugą stronę (rozbój w biały dzień jak na tajskie standardy) są w miarę niskie po przeliczeniu na złotówki czy euro, ale w ten sposób pozbawiłby się człowiek sporej ilości śmiechu. Kierowcy tuk-tuków chyba z definicji rzucają jakieś kwoty z sufitu i podejrzewam, że obraziliby się gdybym przyjął taką cenę z marszu – kilkakrotnie udawało mi się zbić kwotę o jedną czwartą, jedną trzecią nawet… Jest to o tyle zaskakujące, że zawsze uważałem się za kompletny antytalent w tej dziedzinie. Może po prostu pomogły mi perełki humoru sytuacyjnego, które czasem wymykają się zagonionym kierowcom.
Jeden z wyjątków od powyższej reguły dotyczącej targowania to książki: nie jestem pewien czy Tajowie są tacy wyedukowani, czy też po prostu gros turystów odwiedzających ten piękny kraj cierpi na głód słowa pisanego. Jakie by nie były przyczyny, co drugą przecznicę można znaleźć sklepik z używanymi książkami i prasą (z uwagi na kontrowersyjny czasem sposób składowania, waham się przed użyciem słowa antykwariat). Rozmiar oferty trąci postmodernizmem: z jednej strony “Playboy” po szwedzku, z drugiej – osobny fragment półki wydzielony na angielskie tłumaczenia dzieł Tołstoja (z etykietką “Lew Tolstoy”przybitą gwoździem do drewna). Wspomniałem o poczuciu wyobcowania, i nie była to tylko kwestia bariery językowej. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że tak właściwie to pierwszy raz w życiu jestem w Azji, w kraju, gdzie dominuje buddyzm (na południu są kawałki bardziej muzułmańskie). I naturalnie bardzo miło się ogląda przepiękne świątynie otaczające pałac królewski, podobnie jak stojącego w jednej z nich Szmaragdowego Buddę – ale dla mnie, białego Europejczyka, to tylko estetycznie przyjemne widoczki.
Dla Tajów natomiast to wyznaczniki systemu filozoficznego, wokół którego zorganizowane jest ich życie – i choćbym nie wiem jak się wytężał, nie pojmę tego. Jest to o tyle istotne, że właśnie z tej różnicy w podejściu do życia wynika zapewne większość różnic, które mnie dziwiły – na przykład opisanych wyżej kontrastów (luksusowa restauracja, a przecznicę dalej śpią bezdomni) i spokoju, z jakim podchodzą do nich autochtoni. Albo same akcje w świątyniach: jak się w pewnym momencie dowiedziałem, posąg Szmaragdowego Buddy jest ubierany w różny strój w zależności od pory roku. Z jednej strony może się to wydawać śmieszne czy dziwne, z drugiej – mówimy tu o naprawdę starej kulturze (a nie plemieniu zaszytym w dżungli), której przedstawiciele podchodzą do tego zupełnie serio.
CDN |
:)
Ile można czekać na dalszy ciąg?
Robert Olbrycht
Żywiec
Racja jest po tej stronie!:
---Jednomandatowe Okręgi Wyborcze---
Człowieku zachodu
Spokojnie...
Zdradził go iście angielski temperament
Podobno wcale nie jest taki flegmatyczny: