Minister Kwiatkowski psuje prawo

Mówienie w Polsce o tajemnicy państwowej lub służbowej uchodzi za świetny dowcip. I słusznie, bo w kraju penetrowanym na wylot i trzy metry w głąb ziemi przez cudzoziemskie wywiady, na usługach których pozostają tubylczy, przewerbowani tajniacy, żadnych tajemnic być nie może. Jednak gwoli zachowania pozorów i dodania sobie powagi, prokuratorzy wszczynali śledztwa przeciwko dziennikarzom – oczywiście tylko tym, co do których była pewność, że nie są konfidentami którejś z siedmiu tajnych służb. Podstawę prawną stanowił art. 241 kodeksu karnego, mówiący, że kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega... – i tak dalej. Na skutek mnożących się zarzutów, iż przepis ten, a zwłaszcza wytwarzająca się na jego podstawie praktyka ogranicza swobodę wypowiedzi, pan minister Kwiatkowski, kierujący po ministrze Andrzeju Czumie resortem sprawiedliwości, zapowiedział zmianę tego przepisu. Zmiana ma polegać na dodaniu paragrafu, według którego nie jest przestępstwem ujawnienie informacji z postępowania przygotowawczego, które służy interesowi publicznemu, nie zagraża w istotny sposób dobru śledztwa, ani nie naraża na szwank interesu osób trzecich.

Najwyraźniej pan minister Kwiatkowski albo nie wie, że przepisy karne powinny być sformułowane jasno i precyzyjnie, by każdy, nawet niewykształcony człowiek, wiedział dokładnie, co mu wolno, a czego nie, albo też to wie, albo pod pozorem łagodzącej nowelizacji chciałby – pewnie na polecenie tajniaków – dodatkowo uzależnić zakres swobody wypowiedzi od samowoli sędziów, prokuratorów, policjantów, a nawet – zaprzyjaźnionych z nimi gangsterów. Bo takie właśnie byłyby następstwa projektowanej nowelizacji. Ponieważ to najpierw prokurator, a potem sędzia oceniałby, czy ujawnienie informacji służy interesowi publicznemu (czyli praktycznie – interesowi tajniaków, albo urzędników wymiaru sprawiedliwości), to prokurator będzie decydował, czy „zagraża” ono dobru śledztwa, w dodatku - „w sposób istotny”, a „osoby trzecie” czyli na przykład zblatowani z policjantami, prokuratorami, czy sędziami gangsterzy na usługach tajniaków (jak było – i jak chyba jest nadal np. w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika) będą decydowali, czy ujawnienie informacji „naraża” ich „interesy”, czy też nie.

W rezultacie dziennikarz, który taką informację ujawni, aż do prawomocnego wyroku nie będzie wiedział, czy popełnił przestępstwo, czy nie. Niech więc na wszelki wypadek boi się ujawnić cokolwiek. A jeśli pojęcie „informacji z postępowania przygotowawczego” zostanie w praktyce odpowiednio rozszerzone, to już nie będzie znał dnia ani godziny. Więc chociaż rząd premiera Tuska nie płaci mi za doradzanie ministrowi sprawiedliwości, to w trosce o zachowanie wolności słowa w Polsce, udzielę mu życzliwej rady, żeby znowelizował art. 241 kodeksu karnego , dodając sformułowanie: „kto wbrew ciążącemu na nim obowiązkowi zachowania tajemnicy ujawnia...” i tak dalej – to dla każdego byłoby oczywiste, że odpowiedzialnością z tego tytułu można obciążyć tylko osoby prowadzące postępowanie przygotowawcze, a w każdym razie – osobiście zobowiązane do zachowania tajemnicy - a więc policjantów czy prokuratorów. Bo jeśli już dziennikarze takie informacje znają, to wiadomo, że to już nie jest żadna tajemnica.

„Dziennik Polski” (Kraków) • 3 lutego 2010

0
To jest: Krzysztof M

.

W gruncie rzeczy, jeśli prokuratura chce, żeby coś było tajne, to niech tego nie ujawnia. I tyle! A nie odpowiedzialność za ujawnianie zwala na dziennikarzy.

To absurd atakowanie Kwiatkowskiego

a reszta watahy PO swobodnie sobie psuję państwo itd.

pp

Można wyświetlać komentarze w różnych formach:

Wybierz i zachowaj swoje preferencje wyświetlania komentarzy. Kliknij "Zachowaj" po ustawieniu zmian.