Wspomnienie marca '68

Właściwie wówczas, 8 marca, miałam bardzo blade pojęcie o tym, co się szykuje. Odczuwałam tylko duszną atmosferę, miałam to poczucie co wszyscy, że jest nieznośnie i że coś musi się zdarzyć, bo dalej tak nie może być.

Z faktów - pamiętam zapowiedziane przez prasę ostatnie przedstawienie "Dziadów" w reżyserii Dejmka. Rzecz niesłychana nie dlatego, ze sztukę zdejmowano, ale dlatego, ze zapowiadano to w prasie, co zresztą odniosło oczekiwany zapewne skutek: wielką demonstrację młodzieży studenckiej na widowni teatru i słynny marsz pod pomnik Mickiewicza. Z haseł, a raczej zaklęć - imiona tych, co już siedzieli, bohaterów, do dziś znane w świecie. Rozgorączkowany Jasienica, opowiadający [1] o zajściach na zebraniach ZLP.

Wszędzie atmosfera ostatecznych rozstrzygnięć, bo nikt dłużej tolerować tego nie będzie. Tyle się trzyma mojej pamięci. Czyjeś [2] urodziny... "Wszystko rozstrzygnie się w piątek, ósmego". Czego się po tym wiecu w samo południe spodziewaliśmy? Myślę, że upadku Gomułki, wyjścia od nas Rosjan, wolności słowa, sprawiedliwości. Słowem - nowego, wspaniałego świata.

W piątek rano dawaliśmy sobie [na zajęciach na UW] porozumiewawcze sygnały: "tak, dzisiaj, w samo południe, na głównym dziedzińcu". Nie wiedzieliśmy nic dokładnie. Ważne było, że Coś się Dokonuje. Asystenci puścili nas o parę minut wcześniej z zajęć. Wyglądaliśmy przez okna [na Krakowskie Przedmieście] i cieszyliśmy się jak dzieci wyłuskując z tłumu domniemanych tajniaków. Dziś mieliśmy im dołożyć.

Zawsze, gdy do tego wracam, mam ochotę mówić w nieskończoność. Widzę kolejne obrazy, może teraz po 19 latach niektóre momenty już się zacierają, ale wciąż pamiętam to wszystko tak dokładnie, jak mało co w życiu. I powiem Panu od razu, żeby nie było nieporozumień - nie, nie czułam się ani przez chwilę oszukana, mimo że nie ma już chyba wątpliwości, że to była prowokacja. Ale prowokacja polegała na ataku [MO], który nastąpił po naszym uspokojeniu, natomiast nasze poruszenie, nasza chęć dokonania zmian, połączona z naiwną wiarą, że to się da zrobić wyrażając swoje zdanie na wiecach - wszystko to było prawdziwe i nastąpiłoby niezależnie od tego, że tamci [moczarowcy] chcieli na tym skorzystać.

A oszustwo polegało właśnie na tym, że mogły nastąpić rzeczy, którym nie wolno było się zdarzyć, których zaistnienie przekraczało nasze możliwości pojmowania. Więc żeby nie nudzić nadmiarem szczegółów i opisem zdarzeń, o których mówiono i pisano już wiele razy - powiem tylko o sprawach, które wydawały się nam nie do pojęcia.

Zatem - pamiętam dobrze docenta Dobrosielskiego [dyplomata w PRL, jednocześnie docent na Wydziale Filozofii UW], jak biegał spocony między studentami i pokazywać kogo trzeba swoim zaufanym. Takiego wskazanego "robotnicy" - potem okazało się, ze rzeczywiście byli tam również robotnicy, nie tylko ubecy - którzy przyjechali "nauczyć rozumu rozwydrzoną młodzież bananową" - łapali i wsadzali do budy milicyjnej. (Dobrosielski został potem ambasadorem PRL w Londynie, a my nie mogliśmy darować Anglikom, że go wpuścili. To bardzo trzeźwiąco wpłynęło na nasz stosunek do Zachodu).

Pamiętam naszych kolegów należących do ZMS, którzy utworzyli zwarty szpaler, trzymając się ściśle pod ręce, podeszli w rozkołysanym rytmie do Dobrosielskiego i wyskandowali, ze są gotowi, a on pobłogosławił ich ruchem dłoni. Poniesiona przez tłum, w pierwszej chwili nie zrozumiałam tej sceny, myślałam, że oni są z nami, jako jedynego przeciwnika widziałam tych "robotników". W kamizelkach kuloodpornych pod długimi płaszczami, z małymi, czarnymi pałkami, w których był metal, bo przy biciu wcale się nie wyginały jak te białe, milicyjne.

Dopiero po chwili zrozumiałam, że t piąta kolumna wśród studentów, że oni stoją w jednym szeregu z bijącymi nas. Uniosło mnie w tłumie do przodu, tam gdzie stali "robotnicy" i tam zostałam pokazana przez docenta. Obie grupy, napierane przez stojących dalej zwarły się, a ja znalazłam się w samym środku. "Robotnicy" złapali mnie za ręce, usiłowali wyrwać. Koledzy trzymali mnie z tyłu za płaszcz, za szyję i ciągnęli do siebie. Tłum pchał się na mnie z obu stron, a dwie potężne siły próbowały rozerwać... Od tej pory kiepsko znoszę przebywanie w tłumie, może dlatego mam awersję do demonstracji.

Jakoś się wyrwałam, popchnięto mnie do tyłu. Tam łapano moje koleżanki, ściągano mówców z podwyższenia, rozdawano ciosy pałek.

Dużo później, kiedy wszyscy przesunęli się pod Pałac Kazimierzowski, wyszedł do nas siwiuteńki prof. Czesław Bobrowski, jak się potem ? nawet po stanie wojennym - okazało, niepoprawny optymista i entuzjasta. Myśmy czegoś żądali, o coś wołaliśmy, a on poprosił żebyśmy wyłonili delegację, z którą się będzie rozmawiać. Wyłoniliśmy delegację. Poszło pięć czy siedem osób, wśród nich Jadwiga Staniszkis.

Zostali aresztowani. Musiano ich wziąć z rąk prorektora Rybickiego, który zaprosił ich na rozmowy. Od tej pory już zawsze tylko ironię mogły we mnie budzić tak nadużywane przez władzę w czasach "Solidarności" apele, brzmiące identycznie, jak tamten apel Bobrowskiego - że przecież nie można rozmawiać z całym tłumem, ze trzeba mieć kulturę polityczną, że wszystko można załatwić, tylko trzeba umieć się porozumieć.

To była niezła lekcja zaufania.

Potem uspokoiliśmy się, profesor Bobrowski miał na nas kojący wpływ. Szczerze mówiąc na ten dzień mieliśmy dosyć. Minęło już sporo czasu. Zostało niewiele osób, część wymknęła się wcześniej. Wściekle zmarznięci i głodni szliśmy powoli w stronę wyjścia z Uniwersytetu, wdawaliśmy się w beznadziejne rozmowy z [kręcącymi się tam jeszcze] "robotnikami". Odprowadziliśmy ich do zaparkowanych na placu przed BUW autokarów, trochę z nich kpiąc, trochę usiłując przekonać, że to my mamy rację i żeby pomogli nam walczyć o wspólną słuszną sprawę. Zdawało się nam nawet, że niektórych trochę przekonaliśmy. Obsypywaliśmy ich półżartobliwie, a pół symbolicznie dwudziestogroszówkami (to była wtedy cena studenckiego biletu na autobus). Wsiadali do autokarów, wyjeżdżali boczną bramą.

Tych czterysta niebieskich postaci - w marszobiegu od bramy głównej - przeciętych białymi szarfami i pasami to był absolutny szok. Jak to - dzieci były już grzeczne, już chciały iść do domu, a tutaj... prawdziwy atak.

Stałam w pierwszym szeregu i pewnie dlatego przeze mnie to przeleciało, nie dotknąwszy nawet. Poleciało dalej, goniło uciekających już kolegów, biło, machało białymi pałami, wyło. Nagle zza węgłów pojawili się znowu "robotnicy". W dwadzieścia sekund na dziedzińcu oprócz mnie nie było chyba nikogo. Oszołomiona, wdrapałam się na kupę zgarniętego śniegu i rozglądałam się dokoła.

Pod BUW-em, obok autokarów, które pojawiły się z powrotem, a może wcale nie odjechały, trzech "robotników" skakało po brzuchu przewróconej na plecy dziewczyny. Takie rzeczy zdarzały się dotąd tylko w telewizji, w migawkach z drugiego końca świata.

Pobiegłam przed siebie. Za rogiem, tuż przy schodach wiodących do Studium Afrykanistycznego stał, a raczej słaniał się mój kolega [Marek Lifszes], którego biło pięciu facetów w długich płaszczach. Przy gwałtownych ruchach spod płaszczy wyłaniały się poły [metalowych] kamizelek kuloodpornych. Bili tymi krótkimi, twardymi, czarnymi pałkami. Bili tylko po głowie, po której ze wszystkich stron spływała krew, a mój kolega powtarzał z równie bezgranicznym zdumieniem, z jakim ja na to patrzyłam: Polacy, ludzie, nie bijcie, Polacy... Stał podtrzymywany ciosami.

Znalazła się obok mnie koleżanka, krzyczałyśmy, biłyśmy obie facetów po płaszczach, po plecach, waliłyśmy w nich pięściami, żeby go zostawili, żeby nie dali nam widzieć tego, w co nie mogłyśmy wciąż, nawet w tej chwili, uwierzyć. A oni odwijali się co chwilę, wymierzali na oślep cios pałą w naszą stronę i bili [go] dalej. Obok stali robotnicy z warsztatów uniwersyteckich. Stali i patrzyli. Bardzo przestraszeni, nie reagowali wcale. Od autokarów dobiegały wołania, to koledzy "robotnicy" coś krzyczeli do siepaczy. Ci wreszcie zostawili chłopaka, pobiegli. Tamci, pochyleni, w pocie czoła zbierali nasze rozsypane w błocie pieniążki. Chłopak osunął się w nasze ramiona, wyniosłyśmy go na ulicę [Krakowskie Przedmieście].

Tak bito - według propagandy - tylko w krajach zachodnich. Tak bili czarni pułkownicy greccy, których już dziś nikt ni pamięta; tak bito w Stanach, gdzie kto wie, może następny prezydent będzie czarny; tak bito potem w Argentynie, gdzie junta dawno już jest osądzona i ukarana. Tylko u nas się to nie kończy, czasem na parę lat zamiera (...).

Różne rzeczy okazywały się możliwe. Moje przebudzenie do rzeczywistości postępowało szybko.

Od tamtego czasu nigdy nie dałam się oszukać. Już wiedziałam raz na zawsze kim o n i są. Wystarczyło wtedy trochę poczytać prasę, zestawić ją z rzeczywistością. Niewiarygodne, brudne kłamstwa; bzdury pomieszane z półprawdami, donosy, fałszywe komentarze. Od tamtego czasu raz na zawsze wiem, do czego zdolna jest ta prasa.

Przez jedenaście dni - od 8 do 19 marca, dnia słynnego przemówienia Gomułki w Sali Kongresowej, przeszła cała epoka. Ruszyła się Politechnika i inne uczelnie Warszawy. Odbył się dwudniowy strajk Uniwersytetu, w czasie którego późną nocą uchwaliliśmy m.in. rezolucję przeciwko agresji Izraela na Egipt (z jednym głosem przeciwnym). [Rezolucję poddał pod głosowanie Michał Moszkowicz], a także nabawiliśmy się katarów ? spało się pokotem pod biurkami, a potem od świtu siedziało się na trawniku uniwersyteckim, żeby widzieli nas ludzie pracy zdążający do swoich fabryk i warsztatów. Potem zastrajkowali studenci Politechniki, baby z pobliskiego bazaru na Polnej szykowały im koszyki z prowiantem, a cale miasto nosiło im papierosy...

W dniu przemówienia Gomułki [19 marca] znowu wypuszczono nas przed końcem wieczornych zajęć, ulice były wyludnione, spóźnieni biegli kłusem do najbliższego telewizora. Gomułka gadał dwie i pół godziny popijając ze szklanki wodę, ale nie powiedział nic interesującego dla nas, to znaczy nie upadł, nie pokajał się, niczego nie obiecał. Za to przytoczył te fragmenty ?Dziadów?, które wzburzyły towarzyszy radzieckich i spowodowały zdjęcie przedstawienia ("Wszak to już mija wiek,jak z Moskwy w Polskę nasyłają samych łajdaków stek"), a także opowiadał ze wstrętem o "operze" Cisi i gęgacze [Janusza] Szpotańskiego, którą skomentował słynnym "ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra".

Tamto przemówienie z 19 marca pokazało, że Gomułka nie ma nam nic do zaoferowania, nie miał też już chyba wiele do zaoferowania swoim partyjnym kolegom, bo ponad głową towarzysza Wiesława huczało, jak groźna zapowiedź burzy, skandowanie części partyjnej widowni: "Gierek! Gierek!", czego kamery telewizyjne z nagłą sumiennością nie omieszkały pokazać [tj. pokazały]. Gierek musiał być już poważnym kontrkandydatem do władzy. Krążył nawet dowcip "cała Polska czeka na swego Dubczeka[3], ale chodzi szmerek, że to będzie Gierek".

Niedługo potem odbyło się nasze ostatnie w marcu spotkanie w Audytorium Maximum, na którym było już tylko jakieś osiemset osób, a nie jak zwykle [na innych marcowych wiecach] około półtora tysiąca. Jak zwykle nie było tuby, bo gdzieś zaginęła, a mikrofon się zepsuł czy też prądu nie było. I jak zwykle każdy, kto chciał coś powiedzieć, musiał prawie krzyczeć i prędko dostawał chrypy, dosłownie tracił głos...(...)

Władze rozwiązały niektóre wydziały, wyrzuciły [z nich] wszystkich studentów i ogłosiły powtórne przyjęcia. Nasi koledzy po pół roku wyszli z więzień, ale wtedy, w kwietniu 1968, ich nie było. Nie dostali się na studia. Nawet ci z piątych lat studiów, nawet ci, co za dwa-trzy miesiące mieli bronić prac dyplomowych. Niektórzy poszli [w parę lat później] na inne, inni się zmarnowali, jeszcze inni wyemigrowali. Usunięto z uczelni ?naszych? profesorów i niektórych asystentów.

Do lektury odcinka poświęconego inwazji na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku napraszam w lecie.


Teresa Bochwic
Napisane w 1986 roku pod pseudonimem ?Maria Szerszeń rozmawia z Markiem Szerszeniem? ("Karta" nr 5)
inne teksty autorki...

Inne teksty o marcu 68, m.in.:
Krajobraz po szoku. Relacje z PRL, Pomost 1989.
Marek Tarniewski (wł. Jakub Karpiński), Krótkie spięcie. Wydanie podziemne "Głos" ok. 1977.

- - - - - - - - - -

Przypisy:

[1] Paweł Jasienica (wł. Lech Beynar) - pisarz, historyk, przyjaźnił się z moją Matką i bywał prawie codziennie u nas w domu (patrz Anna Rudzińska, "O moją Polskę", Warszawa 2003).
[2] Były to urodziny Jacka Kuronia, na których ustalono termin wiecu na 8 marca.
[3] Aleksander Dubczek - pierwszy sekretarz partii w Czechosłowacji w okresie praskiej wiosny 1968 roku.

To jest: Teresa Bochwic

Bity kolega miał na nazwisko Lifszes

Bity kolega miał na nazwisko Lifszes, pomyliłam się przy przepisywaniu tekstu.
Pogoda była dokładnie taka jak w tym roku - ustępująca powoli ostra zima i kupy starego śniegu.

To jak? Ta wersja "marca"

To jak? Ta wersja "marca" jest sluszniejsza?
Nie mozna bylo zostawic dwoch?

Krzysztof Kalebasiak

znikające artykuły ?

http://konserwatyzm.pl/content/view/3152/111/

Remigiusz Włast-Matuszak: Mity marcowe 1968

To jest: Wojciech-Maltan

Już jakieś podejrzenia

Najpierw jeden artykuł, później drugi, wreszcie oba.

Pozdrawiam z jedynie słusznej pozycji ;)

Wojciech
-------------
"Bóg, dając nam życie, obdarował nas jednocześnie wolnością"

Marzec 1968 był chyba

Marzec 1968 był chyba jedynym powojennym protestem godnym uznania.
Bo pozostałe dotyczyły po prostu koryta - hołota zadowolona z ustroju rozdziawiała nienażarte pyski tylko wtedy, gdy zabrakło w sklepach ścierwa, lub ogłaszano podwyżki cen tegoż ścierwa.

Hołota w starożytnym Rzymie wszczynała rozruchy gdy brakło chleba, a polska hołota mająca dość chleba burzyła się przy brakach w zaopatrzeniu w zwłoki świń przeznaczonych do spożycia.

Wątki bogoojczyźniane czy inne zakłamane wykręty dodawano później, wstydząc się tak trywialnych pobudek, jak chęć żarcia świńskich trupów. A nie ma czego się wstydzić, droga hołoto!!! Niech się hołota śmiało przyznaje!

Szczerość

cytuję Abraham:
Marzec 1968 był chyba jedynym powojennym protestem godnym uznania.
Bo pozostałe dotyczyły po prostu koryta - hołota zadowolona z ustroju rozdziawiała nienażarte pyski tylko wtedy, gdy zabrakło w sklepach ścierwa,...

Widzę, że Pańskie zrozumienie dla porządkującej funkcji UB w powojennej Polsce ma głębokie podłoże ideologiczne.

Gratuluję szczerego wyznania.
--------------
Prawica RP (partia polityczna)

Czy mógłby Pan

Czy mógłby Pan przetłumaczyć ten swój bełkot na zrozumiałą polszczyznę?
Bo naprawdę nie chce mi się domniemywać "co autor miał na myśli"

Nie.

.

Przepraszam za nazywanie

Przepraszam za nazywanie Cię "Panem".
Teraz widzę, że jesteś Panią, po prostu archetypową blondynką ;)

"blondynka"...

... to określenie używane czasem wobec świni - a to bardzo ineligentne zwierzęta - cieszę się, że Pan docenia moją inteligencję.

Szczupły też zbytnio nie jestem - więc mam jakieś poczucie wspólnoty z chrząkającą bracią - coś, jak Pan z tymi ubekami - niby nie to samo, ale zawsze coś.

--------------
Prawica RP (partia polityczna)

Niestety, wbrew Pańskim

Niestety, wbrew Pańskim nadziejom, nie zauważyłem nic wspólnego między Panem a sympatyczną nierogacizną ;)

To mnie Pan pocieszył...

... bo kupiłem właśnie przecenioną puszeczkę "Krakusa" z wieprzową zawartością i z obawy przed oskarżeniem o kanibalizm chciałem zwrócić do sklepu.

Rozumiem, że mogę konsumować tę świetną, polską wieprzowinę?

--------------
Prawica RP (partia polityczna)

O gustach się nie

O gustach się nie dyskutuje; sa i tacy, co jedzą mięso psów i szczurów, zachwalając ich smak.
Ja jednak od puszkowej wieprzowiny zdecydowanie wolę półgęsek, pieczeń wołową na zimno, pasztet z zająca czy kaczkę faszerowaną.
O kwiczołach czy cietrzewiach nie wspomnę, bo dziś są pod ochroną...

I na tym właśnie polega transformacja ustrojowa...

... że jeszcze kilkadzisiąt lat temu, żeby tak jadać należało poświęcić się trudnej pracy w UB lub partii - a obecnie wystarczy nieco gotówki.

Wyznam szczerze, że po lekturze produktów naszego ministerstwa finansów to raczej preferuję sushi - ale nie będe wtajemniczał dlaczego - może Pan sobie zajrzeć tu:

http://pawelpaliwoda.salon24.pl/

...by stwierdzić, że to upodobanie kulinarne staje się coraz bardziej popularne, bynajmniej nie z ekstrawagancji.

--------------
Prawica RP (partia polityczna)

Niestety, pachnacych

Niestety, pachnących jałowcem kwiczołów nie zje Pan nawet mając mnóstwo gotówki - są pod ochroną.
Raz tylko jadłem - i do dziś pamiętam. Pychotka!
Za to nie ma ograniczeń w reaktywowaniu staropolskiej kuchni w przypadku ryb - jest dziś dostępne wszystko, nawet jesiotry.

Mając mnóstwo gotówki...

... to nic nie jest pod ochroną.

To jest: Prawicowiec

Ja bardzo proszę dyskutanta Abraham,

niech on się liczy ze słowami. Dyskutant Abraham zaczyna być niekulturalny.
- - - - - - -
Prawica RP (partia polityczna)

To jest: R1a1

A można zapytać, co ktoś będący - tak jak Pan -

cytuję Abraham:
potomkiem wyznawców Swaroga czy Świętowita

... ma przeciwko jedzeniu wieprzowiny?
cytuję Abraham:

polska hołota mająca dość chleba burzyła się przy brakach w zaopatrzeniu w zwłoki świń przeznaczonych do spożycia.

Jest Pan wegetarianinem, czy tylko wieprzowiny Pan nie jada?

I skąd u Pana taka skłonność do postrzegania swoich rodaków jako bydlęta zainteresowane jedynie zawartością koryta:

cytuję Abraham:
Marzec 1968 był chyba jedynym powojennym protestem godnym uznania.Bo pozostałe dotyczyły po prostu koryta - hołota zadowolona z ustroju rozdziawiała nienażarte pyski tylko wtedy, gdy zabrakło w sklepach ścierwa, lub ogłaszano podwyżki cen tegoż ścierwa.

Wieprzowinę jadam jedynie

Wieprzowinę jadam jedynie okazjonalnie - to tradycyjne pożywienie głównie dołów społecznych; moi przodkowie używali jedynie słoniny do szpikowania dziczyzny, z mięs zwierząt hodowlanych preferując wołowinę, jagnięcinę i drób.

A co do motywów tych rzekomo "patriotycznych" zrywów - po prostu wolę PRAWDĘ od zakłamanej propagandy.
I tak:

1. Czerwiec 1956 - protest był z powodu braku zapowiadanych podwyżek płac.
2. Grudzień 1970 - protest przeciwko podwyżkom cen żywności, głównie świńskiego ścierwa.
3. Czerwiec 1976 - jak wyżej.
4. Sierpień 1980 - stoczniowcy żądają podwyżek płac z powodu podwyżek cen - głównie mięsa.
5. 1988 - podwyżka cen - wkrótce strajki.

Spójrzmy prawdzie w oczy - poza Marcem 1968 i strajkami w odpowiedzi na wprowadzenie stanu wojennego - zawsze tłuszczy chodziło o koryto, inną, naciąganą ideologię dorabiała dzicz sobie później.

Mistrzu....

cytuję Abraham:
Wieprzowinę jadam jedynie okazjonalnie - to tradycyjne pożywienie głównie dołów społecznych;

... a ja tu się pcham ze swoim chamskim ryjem do dyskusji z arystokratą...

Wybacz, Panie, jesli czymkolwiek uraziłem, będę pożywał swe świńskie przysmaki nie wchodząc Ci, o łaskawy w pole widzenia...

--------------
Prawica RP (partia polityczna)

To jest: R1a1

Nasz antyświński arystokrata pewnie się zmartwi, gdy zauważy

jakim słowem kończy się jego - pewnie odziedziczony po przodkach będących wyznawcami Swarożyca czy Świętowita - internetowy pseudonim.

Jakim słowem się

Jakim słowem się kończy?
Takim samym, jakim się zaczyna - gdyż mój internetowy pseudonim stanowi tylko jedno słowo ;)

To jest: R1a1

Wie Pan, to taki test na inteligencję

.

No to Pan tego testu nie zdał,

No to Pan tego testu nie zdał, nie rozróżniając słowa od końcowej sylaby słowa ;)

To jest: Krzysztof Laskowski

Pańska pisanina jest tak tragiczna, że mi się niedobrze robi.

Przenieś się Pan do Korei Północnej. Tam istnieją idealne warunki do pławienia się w sowietyzmie. Z pewnością Kim Dzong Il dałby Panu jeść ze swojego koryta, ale nie mięso wieprzowe, tylko psie. Smacznego, człowieku sowiecki.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

Nie życzę sobie wyzwisk,

Nie życzę sobie wyzwisk, panie ładny.
"Człowieku sowiecki" to proszę się zwracać do swoich kolegów, o ile na to pozwolą. Ja nie pozwalam. Czy wyraziłem się jasno?

To jest: Zdzislaw

@

"Bo pozostałe dotyczyły po prostu koryta - hołota zadowolona z ustroju rozdziawiała nienażarte pyski tylko wtedy, gdy zabrakło w sklepach ścierwa, lub ogłaszano podwyżki cen tegoż ścierwa."

Typowa bezczelność charakterystyczna dla niektórych nacji.
Które nic nie mają wspólnego z Polakami.

Od kiedy to prawda jest

Od kiedy to prawda jest synonimem bezczelności?
Bo prawdziwości tych stwierdzeń nie był pan w stanie zanegować...
Czyżby pan twierdził, że pisanie prawdy dowodzi braku przynależności do narodu polskiego?
Czy uważa pan Polaków za tępaków lub ludzi zakłamanych?

Narodowe przynależności

cytuję Abraham:
Czyżby pan twierdził, że pisanie prawdy dowodzi braku przynależności do narodu polskiego?

Pisanie prawdy jak najbardziej dowodzi o przynależności do narodu polskiego.

Jednakże pisanie prawdy w sposób chamski, bezczelny i wulgarny dowodzi przynależności do całkiem innego narodu, czasem zwanego wybranym.

K.J.

"pisanie prawdy w sposób

"pisanie prawdy w sposób chamski, bezczelny i wulgarny dowodzi przynależności do całkiem innego narodu, czasem zwanego wybranym."

Ciekawe rzeczy Pan pisze - np. w Gazecie Wyborczej chamstwa i wulgaryzmów nie uświadczysz, za to w tygodniku "Najwyższy Czas!" chamstwem i wulgaryzmami sypią jak z rękawa.
Ja do tej pory naiwnie myślałem, że do "narodu wybranego" należy raczej Michnik i spółka, a tu się okazuje, że jednak Mikke z ferajną ;)

Abramku!

podaj jeden przykład. Cytat, numer, strona, wiersz.

To jest: Krzysztof Laskowski

Och, wzruszył się Pan?

cytuję Abraham:
Nie życzę sobie wyzwisk, panie ładny.
"Człowieku sowiecki" to proszę się zwracać do swoich kolegów, o ile na to pozwolą. Ja nie pozwalam. Czy wyraziłem się jasno?

A pisanie o Polakach jako o hołocie to ładne, tak? Chamstwo ma być prawdą? Chyba Pan sokolim wzrokiem nie dostrzega różnicy między koszmarem protektoratu sowieckiego a wolnym krajem. Upodlenie narodu polskiego przez zbrodniarzy moskiewskich i sprzymierzonych z nimi pezetpeerowców w niczym nie usprawiedliwia opluwania Polski w tak ordynarny sposób, jak Pan to uczynił. Komunizm nie zagnieździł się w Polsce, bo jej mieszkańcy tak chcieli, ale opierał się na sowieckich bagnetach.

Jeśli Pan nie pozwala, że go obrażano, ja nie pozwalam na obrażanie Polaków jako narodu i takie wystąpienia spotkają się z moją ostrą ripostą. Jeśli Pan pisze "dzicz" o Polakach, uważa się za lepszego, co? "Dzicz" jest polska, ale Pan cacy, śliczny i schludny. Tego typu antypolskie cmokierstwo wywołuje u mnie obrzydzenie.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

Łaskawie wybaczam panu,

Łaskawie wybaczam panu, gdyż ciskasz się tylko dlatego, że niewiele rozumiesz i główce cosik się panu roi.

A gdzie ja napisałem, że Polacy jako cały naród to dzicz i hołota?
Jedynie pisałem o robotnikach wszczynających protesty w 1956, 1970, 1976 i 1980 - że im o żadną "wolną Polskę" nie chodziło, a jedynie o żarcie schabowych i golonek.

To jest: Krzysztof Laskowski

Nie rozumiem? Roi mi się coś? Czyżby?

Gdyby w ówczesnej sytuacji był Pan robotnikiem i dowiedział się o radykalnej podwyżce cen żywności i jednoczesnej obniżce cen wagonów kolejowych, olałby Pan z góry na dół wagony i wkurzył się, że nie ma czego do garnka włożyć.

W Poznaniu w 1956 roku czy w Gdyni w 1970 roku robotnicy zapłacili życiem za protesty przeciwko sytuacji, w której nie mogli kupić chleba czy kiełbasy. Czym mieli się żywić? Obierkami? Dla mnie nie do zniesienia jest nazywanie ich "dziczą, która potem dorabiała sobie ideologię".

Może gdy w PRL nie było podwyżek, Polacy pławili się w luksusie, a postawili się totalitarnej władzy, kiedy zabrakło im ptasiego mleczka? To Panu się roi.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

Proszę nie przesadzać z

Proszę nie przesadzać z tym "brakiem chleba".
Chleba było dość. I innego pożywienia, zatem proszę mi bajek o tym, że "nie było co do garnka włożyć" nie opowiadać.

Zaopatrzenie w żywność w PRL było całkiem niezłe - nie brakowało relatywnie tanich warzyw owoców, produktów mącznych, wybór nabiału był nie tak bogaty jak dziś - ale smak lepszy. A zaopatrzenie w ryby było po prostu wyśmienite.

Pamiętam z dzieciństwa dwa sąsiadujące ze sobą sklepy - mięsny i rybny. Przed mięsnym, z którego wprost cuchnęło zbierały się tłumy w ogromnych kolejkach, a do rybnego wchodziłem z matką bez żadnych kolejek, gdzie matka kupowała halibuta, dorsza, kergulenę, (naprawdę świeże!), a nawet takie rarytasy jak wędzoną bieługę (dziś do zdobycia tylko w najbardziej ekskluzywnych delikatesach najbardziej ekskluzywnych metropolii świata). Gdy pytałem się rodzicow, czemu tamten tłum sterczy godzinami za tym cuchnącym ścierwem (tłum też zresztą cuchnął), a nie za przepysznymi tanimi i świeżymi rybami, to rodzice mnie objaśniali w ten mniej więcej sposób:

"Widzisz Abrahamku, to są bardzo prości ludzie, którzy z zapadłych wsi przyjechali. Klepali niegdyś biedę, nawet jedli na przednówku lebiodę, a od wielkiego święta urządzali sobie świniobicie. Dla nich szczytem luksusu jest nie wędzony największy z jesiotrów, bo nawet nie wiedzą, że coś takiego istnieje, lecz wulgarna śmierdząca kiełbasa i szynka, która my jemy tylko na Wielkanoc. Ale nie mówmy o nich, to nie nasza sfera, to dzicz, której unikaj. Kupić ci chipsy z krewetek?

I ta dzicz, której chamskie przysłowie "jedzcie dorsze, bo g... gorsze" usłyszałem już we wczesnym dzieciństwie - chciała żreć swą umiłowaną świninę do tego stopnia, że jak jej brakowało - to wychodziła protestować.

No taka jest prawda - nie ma co się na prawdę obrażać.

To jest: Konrad Banachewicz

KBP > Abraham

"to nie nasza sfera, to dzicz, której unikaj" - i tym zdaniem zasadniczo się Pan określił.

"Zaopatrzenie w żywność w PRL było całkiem niezłe - nie brakowało relatywnie tanich warzyw owoców" - uhum. I dzięki na przykład temu zaopatrzeniu świetnemu mój urodzony w 1981 brat miał okazję pierwszy raz zjeść pomarańczę jak miał 3 lata bo przedtem (nawet tego kubańskiego badziewia) po prostu ich nie było. Bredzisz, człowieku.

"Chleba było dość." - ależy dla kogo. Ten pański sklep, gdzie Pan z rodzicielką chadzał, nie był aby za żółtymi firankami? To by tłumaczyło te czipsy z krewetek...

"lecz wulgarna śmierdząca kiełbasa i szynka, która my jemy tylko na Wielkanoc. " - jeśli Wielkanoc była u Pana w domu czczona jedzeniem rzeczy wulgarnych i śmierdzących, to jaki był sens obchodzenia jej w ogóle? Żeby się umartwić? To w "waszej sferze" nie pojęliście, że to radosne święto? Biedactwa...

Czy Pan aby na pewno na właściwe forum wszedł?

Konrad Banachewicz

prawicowość = konserwatyzm + liberalizm + antykomunizm
- - - - - - -
Zakładamy Prawicę RP (partię polityczną)

Pomarańcze - artykuł pierwszej potrzeby ;)

Pomarańcze - artykuł pierwszej potrzeby ;)

Ci Polacy, którzy emigrowali na Zachód bardzo się dziwili, że PRL-owski "rarytas" - pomarańcze i banany - tam jest jednym z najpodlejszych rodzajów owoców, kosztujących niekiedy mniej od dobrej jakości ziemniaków. Ja się nie dziwiłem - od pomarańczy zawsze wolałem dobre jabłka, soczyste gruszki, czereśnie, truskawki, dobre śliwki, morele, wiśnie, maliny, nawet agrest.
Zresztą dziś moje dzieci nie chcą jeść cytrusów, które są zresztą tańsze od naszych owoców - i słusznie, bo one często alergizują, a nasze owoce prawie nigdy.

Sklep rybny, do którego chadzałem był ogólnodostępny i ogólnie pogardzany przez chłopską dzicz.

Szynkę na Wielkanoc jadało sie nie z powodów smakowych, lecz z powodu tradycji.
Podobnie jak szczupaka w Wigilię.

Wietnamskie chipsy z krewetek (do usmażenia) były dostępne w każdym sklepie rybnym.

P.S. Czy wie Pan, że "tradycja" masowego spożywania akurat karpia (a nie szczupaka czy sandacza) na Wigilię ma rodowód z czasów stalinowskich?

To jest: Konrad Banachewicz

No i tutaj to już wylazł z

No i tutaj to już wylazł z Pana komuch: co Pana obchodzi, co ja - czy ktoś inny - uznaje za artykuł pierwszej potrzeby? Mam ochotę na pomarańcze, Pan na czereśnie czy morele - i bardzo dobrze. Chodzi o to, żeby ludzie mieli wybór - a tego komuna nie dawała.

"Ci Polacy, którzy emigrowali na Zachód bardzo się dziwili, że PRL-owski "rarytas" - pomarańcze i banany" - patrz akapit poprzedni.

"moje dzieci nie chcą jeść cytrusów" - bosko. I mama mądra (bo pokazuje synowi, kto jest dzicz), i Pan, i dzieci. Normalnie "Royal Tenenbaums" się kłania.

"Szynkę na Wielkanoc jadało sie nie z powodów smakowych, lecz z powodu tradycji." - i tak się Pan zmuszał z rodziną wraz? Do tego wulgarnego żarcia? Okropność. Aż mi łzy wzruszenia gardło dławią.

Konrad Banachewicz

prawicowość = konserwatyzm + liberalizm + antykomunizm
- - - - - - -
Zakładamy Prawicę RP (partię polityczną)

Komuch by wyłaził wtedy,

Komuch by wyłaził wtedy, panie ofermo intelektualna - gdybym zakazywał jeść innym cytrusy.
A ja się tylko nabijałem - radzę pójść do podstawówki na korepetycje, tam panu powiedzą, co oznacza dziwny znaczek ";)"

To jest: Konrad Banachewicz

A ja Panu radzę, Abrahamie,

A ja Panu radzę, Abrahamie, żeby Pan się skonsultował się z kimś, kto Pana doszkoli w dziedzinie manier i wyjaśni że zwracanie się per "ofermo intelektualna" jest niegrzeczne i czyni Pana podobnym do "dziczy" w sensie umysłowym.

Dzieciaty chłop, a podnieca się smileyami jak gimnazjalistka, której brat gg zainstalował. Żenada.

Konrad Banachewicz

prawicowość = konserwatyzm + liberalizm + antykomunizm
- - - - - - -
Zakładamy Prawicę RP (partię polityczną)

Co do manier: Pan mnie od

Co do manier:

Pan mnie od komuchów, to ja pana od oferm intelektualnych.
Samżeś pan zaczął - dostroiłem się do pańskiego stylu, a pan teraz ma pretensje nie wiadomo o co.

To jest: Krzysztof Laskowski

Pamiętam, Abrahamie, te nagie haki

za rządów spawacza. Wcześniejszych czasów nie, bom z roku 1979. Za Gierka półki bywały pełne, ale za te zbytki jeszcze dziś musimy płacić sowite odsetki.

A jeszcze wcześniej to się w sklepach przelewało od towaru? Wolne żarty. Sporo się dowiedziałem o tak zwanym załatwianiu żywności. A skąd się wzięła afera mięsna, za którą Stanisław Wawrzecki zapłacił głową? Od przybytku? Skąd w latach 70. i 80. szalona popularność peweksów? PRL od początku do końca istnienia nie potrafiła poradzić sobie z zaopatrzeniem w żywność i wszystkie inne towary. Kraj normalny jak cholera, skoro władza ludowa dawała ciała na tym odcinku, że nie wspomnę o innych.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

Myli pan pojęcie

Myli pan pojęcie "żywność" z pojęciem "mięso".
Tak naprawdę za komuny był nadmierny względem podaży popyt na mięso i jego przetwory, którego ten niewydolny system komunistyczny nie był w stanie zaspokoić.
Były jeszcze problemy z zaopatrzeniem z żywność importowaną - np. owoce tropikalne, czy mało istotne używki jak kawa i kakao, wynikające z księżycowych kursów walut.

Pozostała żywność była tania, dostępna i niezłej jakości.
A wracając do mięsa - mimo kłopotów z oficjalną dystrybucją za komuny spożywaliśmy więcej mięsa na głowę mieszkańca, niż dziś. Teraz się unormalniło - część dziczy się ucywilizowała i nawet chętniej kupuje trzy razy droższego, dawniej pogardzanego halibuta, niż ubóstwianą niegdyś szynkę. Co dziczy wyszło na zdrowie - nie żre tyle cholesterolu, przez co ucywilizowana dzicz żyje dziś średnio o 8 lat dłużej, niz za komuny.

To jest: Krzysztof Laskowski

Taaaa, "w peerelowskich sklepach przewalało się

się od żywności, a problemy były tylko z mięsem." Wie Pan co, takie głodne kawałki proszę wciskać komuś innemu. A skąd brały się kilometrowe kolejki za wszelkimi możliwymi towarami?

"Dzicz się ucywilizowała" - pogarda, którą Pan okazuje bliźnim, jest wprost proporcjonalna do łgarstw o zalewie towarów w PRL. Szanowny fircyk czuje się o kupę lat świetlnych lepszy od tępej dziczy. Pomyślnych wiatrów, wypacykowane jaśnie panisko.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

Puste półki z dyżurnym

Puste półki z dyżurnym octem były tylko przez kilka (może kilkanaście) miesięcy, a sowiecki socjalizm trwał prawie przez półwiecze. Zresztą te puste półki były naturalną konsekwencją masowych strajków - i nie ma co się temu dziwić. Chłop, który by się dziwił, że mu żyto nie urosło, bo postanowił nie orać i nie siać, byłby uznany za osobnika niespełna rozumu. Również masowe domaganie się podwyżek płac przy jednoczesnym akceptowaniu przez czerń zasady "czy się stoi, czy się leży" musiało zaoowocować albo inflacją i podwyżkami cen (której tępe masy też nie akceptowały) - albo pustymi półkami przy utrzymywaniu sztucznie niskich cen.

""Dzicz się ucywilizowała" - pogarda"

Jaka pogarda?
To wyraz mojego uznania dla dziczy, że była w stanie się częściowo ucywilizować i już w autobusach tak nie cuchnie, jak kilkadziesiąt lat temu - nawet z paszcz już im tak nie śmierdzi, gdyż dzicz dowiedziała się, do czego służą szczoteczki do zębów;)

To jest: BTadeusz

Kretyn???

Pierwsi z PN winni zniknąć TW?
Czy kretyni?

cytat:

Zresztą te puste półki były naturalną konsekwencją masowych strajków - i nie ma co się temu dziwić.

Demokracja, to nie - "władza ludu".
Demokracja - to procedury większościowe w stanowieniu prawa.
Daj sobie nadzieję!:
JOW- Warunkiem demokracji

Ja głosowałbym na kretynów

niestety "zakaz pisania głupot" jest zbyt mało precyzyjny i zbyt wiele pracy wymagałby od administratorów, żeby mógł trafić do regulaminu PN.
-------
"Brak szacunku dla słowa jest źródłem nieporozumień"

To jest: Krzysztof Laskowski

Głupota Pańskich komentarzy

na temat gospodarki PRL jest tak wielka, że ręce opadają. Puste półki konsekwencją strajków? Konsekwencją chorego systemu rozdawczo-nakazowego, głąbie. Strajki spowodowały inflację i podwyżkę cen? Wracaj Pan do przedszkola z taką wiedzą.

Co było w Sowietach? Jak w Moskwie kazali obsiewać kukurydzą pola, na których leżał metr śniegu, to siali, a w lecie dziwili się, że nic im nie urosło. W Polsce podobnie myślano o gospodarce. Nikt nie liczył się z kosztami, z zapotrzebowaniem. Władza ludowa na wszystkim trzymała łapę i kradła na potęgę.

Może słyszał jaśnie fircyk o bitwie o handel i wymianie pieniądza w latach 40., czyli ograbieniu przez partyjniaków społeczeństwa, czyli pogardzanej przez jaśnie panisko dziczy, z majątku? Wszystko trzymało się na usilnym wrzucaniu pieniędzy w czarną dziurę, za co do dziś płacimy.

Opowiastki o pełnych półkach peerelowskich sklepów czy inflacji jako konsekwencji strajków wsadź sobie między bajki. Napisałem, żeś człowiek sowiecki, co wyłazi z każdego zdania. Sameś ucywilizowana dzicz.

Prawica RP (partia polityczna)

Vivat contrarevolutio conservatrix! Exercitus Catholicus Regius

To jest: Zdzislaw

Krzysztof Laskowski

"Sameś ucywilizowana dzicz."

Myli się Pan, niestety do dziś nie ucywilizowana.

Pozdrawiam

Abraham

na Boga co p.wypisujesz.A w jakim to p.miescie zyl(mieszkal)??
Przeciesz to co p.wypisuje to wierutne klamstwo.
Jest p.podly.

Ostrzegam ponownie przed

Ostrzegam ponownie przed wdawaniem sie w dyskusje z "Abrahamem".
Zawsze konczy sie to pyskowka i balaganem na forum.
IGNOROWAC!!! Prosze Panstwa, IGNOROWAC!!!.

Krzysztof Kalebasiak

Dobry człowieku, jak chcesz

Dobry człowieku, jak chcesz się zapytać, to się pytaj - ale grzecznie, a inwektywy typu "podły" zachowaj dla kłamców - ja piszę prawdę.

Mieszkam w Warszawie. Opisywany przeze mnie ogólnodostępny sklep rybny mieścił się na rogu ulicy Wolskiej i Sokołowskiej, obok dużego, neogotyckiego kościoła św. Wojciecha.
Pamiętam reakcję zaproszonego do naszego domu japońskiego dziennikarza odwiedzającego Polskę z okazji Konkursu Chopinowskiego, który dziwił się, że w Polsce niby bieda i komunizm, a my go częstujemy takimi rarytasami, na które jego samego w Japonii nie było stać. Gdy usłyszał, ile one kosztują - nie uwierzył i prosił, by go do tego sklepu zaprowadzić. Po wejściu do sklepu oczy miał wielkie jak pięciozłotówki z rybakiem, a przed wyjazdem wyrzucił część rzeczy osobistych i całą walizkę zapakował wędzoną bieługą, puszkami astrachańskiego kawioru z siewrugi (no, co prawda za ten kawior trzeba było dać ekspedientce cztery paczki kawy kupionej na bazarze na Polnej, bo kawior wykupywali przemytnicy wożący go do Niemiec, gdzie restauracje płaciły 1000 DM za kilogram). A przez cały pobyt w Polsce jadł tylko to, co kupił w tym sklepie, twierdząc, że w Japonii większości tych pyszności by nie kupił z powodu zbyt wysokiej ceny.

A gdy go przy okazji zaprowadziliśmy do cuchnącego sklepu mięsnego (w ramach wycieczki etnograficznej typu "ciekawostki z życia dzikusów") - to nie krył obrzydzenia.

Pamietam PRL-owskie reklamy

Pamietam PRL-owskie reklamy ryb morskich.
Zapytale,m mame dlaczego nie jemy np. halibuta, tak go zachwalaja, a kielbasa i szynka drgoie i moich rodzicow nie stac bylo na lepsze wedliny.
Mama mi nie odpowiedziala. Poszedlem sam do sklepu rybnego i zobaczylem, ze halibut byl wtedy trzy razy drozszy od szynki!. :)
Moich rodzicow, robotnikow, stac bylo na szyke raz na jakis czas. Czesto ojciec sam ja robil. Na "tanie" ryby atlantyckie albo "najtanszy" kawior juz nie bardzo. Obawiam sie, ze moja mama nie bardzo wiedziala co to jest kawior. Ikre sledziowa i tzw. "mlecz" potrafila za to wykorzystac w kuchni. :)
Krzysztof Kalebasiak

Powątpiewam albo w Pańska

Powątpiewam albo w Pańska pamięć, albo w Pańską prawdomówność.
Halibut jest trzykrotnie droższy od szynki dziś, gdy łowisk ubywa i ryb w łowiskach też ubywa, a koszty połowów dalekomorskich rosną. W czasach PRL, gdy sam "Dalmor" łowił 278 tysięcy ton dalekomorskich ryb (rok 1979) - halibut był od szynki dużo tańszy.

To jest: AnnaP

Wesprę Pana

bo nie kłamie Pan. Ryby były tanie, nie dalej jak wczoraj wspomniałyśmy z mamą kargulenę, moją ulubioną smażoną rybkę.
Chipsy z krewetek uwielbiałam :))
Faktycznie, towary tak zwane popularne, typu mięso, wędlina, słodycze, alkohol, były w wiecznym niedoborze. Ale towary mniej popularne były pod dostatkiem. Żółty ser, wspomniane ryby, grapefruity, wręcz czekały na klienta i były tanie.
Nie tłumaczy to jednak faktu, że centralne zarządzanie gospodarką i współpraca w ramach RWPG nie były wzorem zarządzania, czy wspomniane przez pana kursy walut.
Reglamentowanie towarów służyło władzy za cugle dla społeczeństwa, a że Polak naród wyrywny, więc kończyło się strajkami. Możliwe, że były to celowe działania. Co do długów Gierka, wystarczy porównać zadłużenie Edwarda z obecnym.

pozdrawiam
Ania

Kazdy z nas ma inne

Kazdy z nas ma inne dosiwadczenia. Pani z rozkosza wspomina smak smazonej kerguleny. A ja przypomne jeszcze o kalmarach zalegajacych pojemniki w sklepach rybnych. Kto lubil cwiczyc miesnie szczeki, ten rowniez moze wsppominac to z rozkosza.
Smiac mi sie chce z tych wspomnien. :))
Rozbawila mnie Pani. Co za wspaniale czasy byly! Kergulene rzucili do sklepow! A szanowna mamusia nie wspomninala czasem, jak kupowala papier toaletowy?
Prosze zobaczyc w dzisiejszych sklepach, jak wyglada w miare normalne zaopatrzenie w srodki spozywcze I przestac pisac glupoty. Kto mial rodzine na wsi, ten mogl nie narzekac na brak wedlin i miesa, a kto nie mial takiego zaplecza musial wystawac w kolejkach za miesem, ktore teraz sprzedaje sie za pol ceny, jako resztki, dla najbiedniejszych.
Prosze jeszcze raz przeczytac Pani komentarz i uzgodnic z mamusia, czy tzw. "popularne"nie byly jednak podstawowe? Nawet wodki brakowalo, a jak byla, to smierdzaca. Komuna wszystko potrafila zepsuc. Nie pamieta Pani "dowcipu" o skutkach komunizmu na Saharze? Zabrakloby piasku.
Mniej "popularne", czyli grejpfruty. :))) Rozumiem, ze na pierwsze miala Pani plasterek zoltego sera, a na drugie grejpfruta i byla Pani najedzona i szczesliwa?
Dobila mnie Pani tym:

cytat:
Możliwe, że były to celowe działania.

Powaznie?
Krzysztof Kalebasiak

To jest: dante_alighieri

zeby sie najesc

trzeba zezrec schabowego:-)
Paradoksem jest to ze spozycie wieprzowiny spadlo za kapitalizmu:-))))

Troche sie zmienilo. Wiekszy

Troche sie zmienilo. Wiekszy wybor. Milosnicy schabowego jednak nadal go lubia i jedza.
Ja wprawdzie z mies jem teraz tylko ryby, ale z przyjemnoscia czasami wspominam smak schabowego z ziemniakami i mizeria podawanego w przydroznym barze, w Emili pod Łodzią albo przyrzadzanego przez moja mame, czy ciotki.
Krzysztof Kalebasiak

To jest: Prawicowiec

Po pierwsze, człowiek kulturalny

nie pisze „zezrec”, tylko „zeżreć”. Po drugie, człowiek kulturalny nie mówi „zeżreć”, tylko „zjeść”. Po trzecie: rozumiem, że mówi Pan w swoim imieniu, to znaczy za siebie.

To jest: dante_alighieri

zawsze na posterunku:-)

moja wypowiedz byla w tonie zartu ( bo widze ze Pan nie zauwazyl jak to zwykle:-)

To jest: Prawicowiec

Nie piszemy

"zartu", tylko "żartu". Kapewu?

To jest: dante_alighieri

Yes Sir!

Byla w tonie dowcipnym ( Pan to mnie zmusza do gimnastyki jezykowej:-)

To jest: AnnaP

Jakoś głodu nie pamiętam.

A tylu bezdomnych co dziś na ulicach nie widziałam.
Kolejny paradoks? Celowe działania napisałam stąd, że brak towarów na półkach nie oznaczał ich brak na rynku.
Wystarczy wypośrodkować sytuacje wtedy i dziś, a następnie wybrać rozwiązania, które nas wyprowadzą ze skrajności, w jaką wpadliśmy w obecnym komunistycznym kapitaliźmie.

A mówią- "im starszy tym głupszy"!

Oczywiście ile rozumu zostanie na starość zależy od poziomu z jakiego się startowało. Nie muszę pytać mamusi jak było za Gierka. Pisze Pani "Żółty ser, wspomniane ryby, grapefruity, wręcz czekały na klienta i były tanie". Zapewne nad drzwiami tego sklepu w którym z Mamusia Pani czyniła zakupy widniał skromny szyld "KONSUMY". Ale nawet tam, jeśli grapefruity były to raczej pod ladą. Lub przygotowane w paczkach dla szczególnych stanowisk resortu.
Długi Gierka skromne? Teraz za dolara płacimy 2,4 zł. Za Gierka zielony chodził oficjalnie po 100 zł a na czarnym rynku po 200. Pani sobie przeliczy. Góral z Cichego za zarobione na zamiataniu sklepu śwagra w Jackowie 1000 USD stawiał 250 metrową trzykondygnacyjną chałupę! Taka trochę teoria względności droga Pani Anno.

To jest: AnnaP

Tu nie ma co się licytować

bo ani nie pochwalam zadłużenia Gierka, ani obecnego.
Kurs za Gierka versus obecny proszę skorygować o denominację złotego, a jakie sa proporcje znalazłam link choćby tu
http://www.wprost.pl/ar/?O=85845&C=57 i tu http://pl.wikipedia.org/wiki/Zad%C5%82u%C5%BCenie_...
faktycznie to wygląda tak, jakby w latach 70 poważnie pokombinowano w strategii finansowej i trwa to do dziś.

Widzę, że nie wie Pani

co to były Konsumy.

To jest: AnnaP

A powinnam wiedzieć?

Może tak - jeśli bierze Pani udział

w rozmowach o 68 roku i mówi Pani o wspaniałym zaopatrzeniu sklepów w czasach PRL-u.

To jest: AnnaP

Mówię o latach 80

wspaniałego zaopatrzenia nie było, potwierdziłam fakt, że produkty mniej popularne były, bez kolejek i spod lady.
Pamiętam i kartki i solone masło na kilogramy.
Siła propagandy jest nie do oszacowania. Zaniemówiłam naście lat temu, jak wynajmująca mi kwaterę na Krymie babka wykrzyczała pewnego dnia : " U nas jest tak źle, bo żywność do Polski wysyłamy".
Oszczędziłam jej już słów, że ich obrzydliwą wędliną możliwe, że zjadłby co najwyżej pies.
I wie Pan dlaczego toczy się taka dyskusja? Bo z jednej komuny idziemy w drugą, kwestia czasu kiedy UE pier...Tylko wtedy ratować będzie się który członek, ten biedny czy bogaty najpierw?

cytat:Tylko wtedy ratować

cytat:
Tylko wtedy ratować będzie się który członek, ten biedny czy bogaty najpierw?

to retoryczne czy też Pani zna odpowiedź?
Pozdr
-----
Eeee, .

To jest: AnnaP

eeeeeeee

z bezsilności wolę zmienić temat, ale miło Pana widzieć :)
pozdrawiam
Ania

cytat:miło pana

cytat:
miło pana widzieć

Nie ze mną te numery:)))

Również
patrząc na prawo
-----
Eeee, .

To jest: kniaź Michaił

To nie arystokrata - daleko temu Panu do niej

cytat:
jakim słowem kończy się jego - pewnie odziedziczony po przodkach będących wyznawcami Swarożyca czy Świętowita - internetowy pseudonim.

Natomiast z resztą komentarza się zgadzam

kniaź Michaił

To jest: kniaź Michaił

Proszę

Niech Pan nie miesza w to arystokracji.

kniaź Michaił

Słusznie! Nie mieszajmy do

Słusznie!
Nie mieszajmy do tego arystokracji.

Arystokraci i obecna polska "prawica" nie mają cech wspólnych. Księżna Anna Radziwiłł czy Aleksander Małachowski nie chcieli mieć z taką "prawicą" nic wspólnego.
Zatem z braku autentycznych arystokratów partie mieniące się "prawicowymi" zaczęły tworzyć arystokratów wirtualnych - ot, choćby pan Janusz Mikke, udający szlachcica przez dołączenie sobie do nazwiska członu, sugerującego posiadanie przez niego herbu "Korwin".

To jest: kniaź Michaił

Tytuł szlachecki pisze się przed nazwiskiem

Księstwo było nie Anny ani Annowe, a Radziwłłowskie. Dlatego zawsze piszemy Anna księżna Radziwłł.

To prawda - nigdzie jak herbarze długie i szerokie żadnych Mikków nie ma, nawet w wersjach podawanych przez Pana Janusza wraz z bzdurą, że herb uzyskano po konwersji na katolicyzm z konfesji ewangelicko - augsburskiej na prawie litewskim. Herby i szlachectwo zatwierdzano na Sejmach i na odrębnym prawie. Dodatkowo, by uzyskać polskie szlachectwo nie trzeba było być katolikiem.

Przypominam - Dzierżyńscy Żydami nie byli (tak na wszelki wypadek, gdyby Pan Bodakowski zechciał znowu błysnąć wiedzą na temat tej rodziny)

Ponadto - cechuje Pana straszne chamstwo - rzekłbym, że wzorcowo leninowskie. W WKP(b) byłby Pan użyteczny, nawet bardzo - wymyślając epitety dla przeciwników bolszewii.

Oto przykład słów tow. Lenina (syna Żydówki Marii Blank i syna kałmuka Ilji Uljanowa)

"gówniani politycy"
"hołota oportunistyczna"
"bestialski i nikczemny Traktat Wersalski"
"cuchnące ustępstwa"
etc, etc

taki sam prymitywizm słowny cechuje również Pana, Panie Abraham. Proponuję uściskać mumię Lenina i wywdzięczyć się za wzorce.

kniaź Michaił

Gdzie piszemy tytuł szlachecki?

Ośmielam się być innego zdania, niż Pan - tytuł książęcy piszemy za imieniem, a przed nazwiskiem zawsze wtedy, gdy nazwisko pochodzi od nazwy księstwa.
Np. Jan ABC włada (lub jego przodkowie władali) księstwem o nazwie ABC, to określa się go Jan książę ABC.

Lecz że nie było księstwa o nazwie "Radziwiłł", zatem według zasad poprawnej polszczyzny możemy pisać "księżna Anna Radziwiłł" - wersja "Anna księżna Radziwiłł", też zresztą poprawna - po prostu brzmi jak anachronizm.

Zagraniczne wzorce nie mają takich problemów, np. Anglicy mają dwa określenia na księcia (prince oraz duke), i pisząc np. "Prince Edward, Duke of Kent" - wiadomo, o co chodzi.

O co do mojego rzekomego "straszliwego chamstwa" - masz szczęście parobku, że minęły czasy, kiedy takich jak ty potwarców można było rozciągnąć na kobiercu i kazać służbie wyliczyć dwadzieścia lub trzydzieści plag.

I zobacz, kto używa twoich zwrotów:

1. "gówniani politycy" - Bartyzel i Wielomski używali określenia "gówniane państewko"

2. "hołota oportunistyczna" - Michalkiewicz: "kto to widział, żeby bogacić się mogła za pan brat hołota ze szlachtą, świnia z pastuchem?"

3. "Cuchnący" nie jest wulgaryzmem, a już zupełnie nie wiem, czemu obrażający mnie parobku czepiasz się mnie słowami "gówniani" "bestialski", "nikczemny" - skoro tych słów nie użyłem, niegodny potwarco.

To jest: Konrad Banachewicz

Słusznie!

Radziwiłłowie, Potoccy, Braniccy i inne wsławione patriotyzmem rody gotowe się obrazić!

Konrad Banachewicz

prawicowość = konserwatyzm + liberalizm + antykomunizm
- - - - - - -
Zakładamy Prawicę RP (partię polityczną)

Czy awersja do wieprzowiny

nie może mieć przyczyny w upadku popularności kanibalizmu?

Abraham

Odwal się Pan Od mojego Ojca, stoczniowca, robotnika z chłopa, z dziada, pradziada, który 14.12.1981 pokłusował specjalnie do stoczni dla szczególnej okazji.
-----
Eeee, .

Nie odwalę się, bo się

Nie odwalę się, bo się nie przywalałem, panie niedowidzący lub niezbyt lotny.
Przecież wyraźnie pisałem wyżej, że strajki w grudniu 1981 były reakcją na wprowadzenie stanu wojennego, i nie miały tak prozaicznego, przyziemnego bytowo - mięsnego podłoża jak protesty w 1956, 1970, 1976 i 1980.

Mea culpa

Dałem się złapać na BOTa
-----
Eeee, .